Książka ta nie miała u mnie szczęścia, bo zamiast od razu ją przeczytać (nie liczy w końcu 1000 stron, które usprawiedliwiałyby moje ociąganie) to podczytywałam ją sobie z przerwami na inne dystraktory (w tym inne książki).
Jeśli ktoś przeczytał, że to o wampirach lub po prostu zobaczył okładkę, to ostrzegam od razu – to nie jest horror. Ze Stephanie Meyer nie ma to (na szczęście) nic wspólnego. Wampiry jak najbardziej występują i jest ich tutaj cała masa, ale książka w pierwszej kolejności opowiada o naszym pięknym kraju i bolączkach naszej rzeczywistości.
Nie uświadczymy tutaj jednej linii fabularnej, książka jest zbiorem krótszych opowieści o różnych wampirach z których każdy ma swojego “fizia”. Nie są to byle jakie słabości i dziwactwa – autor dobrał je przemyślnie, żeby poprzez swoich bohaterów i ich zderzanie się z rzeczywistością powiedzieć co nieco o Polsce i Polakach. Nie są to prawdy obiektywne i w 100% prawdziwe – znajdziemy tu przejaskrawienia, które są jak najbardziej na miejscu, całość nie jest bowiem pisana śmiertelnie poważnie. Obok wampirów Dawid Kornaga dodaje też kilka słów o duchach-strachach, które spersonifikowane dopełniają obrazu całości.
Poznajemy więc dzieje m.in. wampira Stanisława, który w czasach PRLu walczy z esbekami, wampira Stefana uwielbiającego jeździć polską koleją, Masława, który uczestniczył w historycznych momentach naszego kraju (bitwa pod Grunwaldem i pod Warną), a także Tadeusza, który usilnie próbuje znaleźć żonę. Obserwujemy też przemianę rasity i patrioty wampira Iwosława po tym, jak spróbował kebab i zakochał się w nim od pierwszego kęsa. Opowieści te (mające różne zakończenia) przeplatają się ze sobą i tworzą całość mieniącą się humorem i ironią. Dawid Kornaga nie pisze bowiem sztywno i nudno – sprawnie operuje dosadnym językiem, pisze kąśliwie i z dystansem. Uważny czytelnik (szczególnie taki, który zna Dawida prywatnie) znajdzie kilka drobnych odniesień do jego własnego życia (w końcu jego przemyślenia nie wzięły się z powietrza, ale wyewoluowały w konkretnym otoczeniu). Nie można odmówić autorowi spostrzegawczości, z którą obserwuje naszą rzeczywistość. W książce zawarł kilka słów o polskim klerze, o Francji, nawet portal Nasza-klasa.pl pojawił się na chwilę.
Całą konstrukcję ksiązki ciekawie uzupełniają śródtekstowe przypisy narratora, czasami krótkie, a czasami bardziej rozwlekłe, będące dodatkowym komentarzem. Ciekawym pomysłem jest także podkreślenie charakteru poszczególnych wampirów przez zaznaczenie w jakiej marce i modelu okularów przeciwsłonecznych chodzą oni na codzień. Wampiry Dawida Kornagi nie są wampirami z horrorów, nie obracają się w pył w słonecznym świetle i przebywanie w kościele ich nie przeraża. Wampiryzm jest tylko pewnym schematem wykorzystanym do napisania książki, która z fantastyką ma napawdę niewiele wspólnego.
Lubię Dawida Kornagę prywatnie jako człowieka i wydaje mi się, że książka ta jest bardzo w jego stylu. :) Początkowo nie podobała mi się za bardzo, bo porównywałam ją z “Rzęsami na opak”, które wydawały mi się lepsze, ciekawsze. Potem jednak przekonałam się do “Znieczulenia miejscowego” i złapałam rytm tej opowieści. “Rzęsy na opak” są zupełnie inną książką i dlatego wszelkie porównania nie mają sensu.
Lekturę wspominam bardzo miło, więc nie był to w żadnym razie czas stracony. :)