Niewiele czasu minęło od seansu “M:I4“, a miałam już okazję nadrobić braki w związku z “M:I3″. :) Byłam raczej nastawiona na to, że film będzie średni (bo głównie takie opinie słyszałam o tej części), chociaż kłóciła mi się z tym osoba reżysera (J.J.Abrams, który ma u mnie wielkiego plusa za nowego “Star Treka”). W trakcie seansu okazało się jednak, że “nie taki diabeł straszny”.
Ethan Hunt z roli nauczyciela zostaje na powrót agentem operacyjnym i wraca w teren. Tradycyjnie już ratuje świat, tym razem ścigając niebezpiecznego i nieuchwytnego handlarza bronią Owena Deviana. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gra toczy się o “Króliczą Łapkę”, tajemniczy obiekt, który prawdopodobnie jest bronią masowej zagłady (chociaż w sumie to też nie jest zaskoczeniem :P). Równocześnie rozwija nam się przed oczami wątek romansowy – Hunt postanawia się ożenić z ukochaną Julie, co niestety sprowadzi na nią niebezpieczeństwo. Ale Hunt jest nie do zdarcia i wszystkiemu da radę. :)
Film jest trochę inny niż nowsza odsłona. W “M:I4″ Cruise nie był już taki świeży, natomiast tutaj jest wygładzony i generalnie nie wygląda na swoje lata (zbliża się do 50-tki, a wygląda na ponad 10 lat mniej, nawet fryzurkę ma bardziej w stylu “Top Gun”). Ale nie ma co się czepiać. To, co odczułam chyba najbardziej, to mniej akcji. A może inaczej – akcja nie biegnie na złamanie karku jak w “M:I4″. To wciąz jest dobre, dynamiczne kino, ale jest czas na oddech, nie jest też tak przesadzone i absurdalne. Poza tym łagodzi go też trochę wplecenie do fabuły opowieści o związku Hunta z Julie (co jednym może się podobać, a innym nie bardzo).
Nie powiedziałabym, że jest to słaby film. Jest widowiskowy (chociaż bez przesady), a efekty specjalne, gadżety hi-tech i towarzyszący Huntowi obowiązkowo dream team składają się razem na naprawdę dobre kino rozrywkowe. Więcej nie mam serca oczekiwać od serii “M:I”. :)
Jeszcze może kilka słów o wspomnianym już dream teamie. Jest w nim oczywiście kobieta, którą gra tym razem Maggie Q, znana przede wszystkim z nowej wersji “Nikity”. Nie mogło też zabraknąć Vinga Rhamesa w roli Luthra (bo Afroamerykanin również musi być, zgodnie z poprawnością polityczną), natomiast ”świeżą krwią” jest Jonathan Rhys Meyers (vel Henryk VIII Tudor). Pojawia się też Benji, ale na dalszym planie. Poza Luthrem i charakterystycznym Benjim żaden bohater nie dostał głębszego rysu charakterologicznego – ot, są to po prostu osobniki do odwalania czarnej roboty. W “M:I4″ było to lepiej rozegrane i bardziej postawiono na ducha zespołu – tutaj praktycznie w ogóle go nie czuć. I to chyba największa wada.
Moje obawy okazały się przesadzone, bo film jest fajny. Nie wgniata w fotel, ale miło można przy nim spędzić wieczór, gdy za oknem zimno, ciemno i mokro. Ale utwierdzam się tylko w przekonaniu, że muszę powtórzyć sobie jeszcze “M:I2″ i w miarę możliwości poznać pierwsze “M:I”, skoro już oglądam serię od końca. ;)