Po dłuuugiej przerwie znalazłam czas, żeby wrócić do serialu “Pamiętniki wampirów”. Sezon 1 skończył się w miejscu, w którym aż prosi się o kontynuację, ale ponieważ trzeba było czekać do pojawienia się sezonu 2 to… czekanie przeciągnęło mi się aż do przesady. Czasami tak mam. :) W tej chwili światło ujrzał już sezon 3, więc przede mną bardzo przyjemny czas spędzony na obserwacji tego, co dzieje się między Eleną, Damonem i Stefano.
Już w pierwszym odcinku pojawienie się nieprzewidywalnej, niebezpiecznej Katherine burzy porządek dnia. Niestety z rozmysłem i konsekwentnie stara wampirzyca sieje zamęt między braćmi i (niestety) rykoszetem obrywa się też innym bliskim Eleny (Jeremy i Caroline). Pojawia się za to nowy bohater – wuj Tylera, Mason, który wspomina o przekleństwie Lockwoodów. Nie muszę chyba mówić jakie to przekleństwo – tam gdzie wampir, tam jest i wilkołak. Zetknięcie się tych dwóch istot mieliśmy już w serii “Zmierzch” i w “Czystej Krwi” (w miejscu w którym zakończyłam póki co ogladanie tego serialu nie pojawiły się jeszcze, ale była o nich mowa), więc wielkiego zaskoczenia nie ma.
Z każdym kolejnym odcinkiem historia robi się coraz bardziej pokręcona i tajemnicza, ale i coraz przez to ciekawsza, więc uwaga widza wciąż jest w pełni skupiona. Katherine grana przez tę samą aktorkę co Elena wypada zdecydowanie ciekawiej niż nasza główna bohaterka. :) Wątek romantyczny wciąż ocieka słodyczą, ale taki już jego urok. Przy tym Damon traci przyjaźń Eleny a następnie stopniowo znów ją odzyskuje. Wiele zyskuje też Jeremy, który nie jest już zahukanym, nieszczęśliwym dzieckiem, ale angażuje się w rozwikłanie kolejnych zagadek i wyraźnie dojrzewa. Jak na 16-latka wygląda na niezwykle wyrośniętego. :) Również Tyler zaczyna mieć swoją rolę do odegrania. Jednym słowem: robi się coraz ciekawiej. Twórcy starannie wszystko przemyśleli i wbrew pozorom przyjaźń między bohaterami nie jest wcale taka jednowymiarowa. Przykładem jest choćby Bonnie, czarownica, która z zasady nienawidzi wampirów, a jednak im pomaga. Braterska miłość między Stefano i Damonem również jest skomplikowana, a Caroline, chociaż jest przyjaciółką Eleny, to jednak nie jest wcale jednoznaczna. Dodaje to kolorytu całości i zwiększa napięcie. Bohaterowie trzymają się razem, współpracują, ale tak naprawdę zaufanie nie jest pełne. Czyli jak w życiu, wszędzie dobre intencje są podszyte kłamstwami. Co ciekawsze, pojawia się wątek doppelgängerów, który rzuca trochę światła na to co łączy Elenę i Katherine. I najważniejsze – pojawiają się inne wampiry. I to nie jakieś płotki, ale Pierwotni, czyli najstarsze osobniki, łącznie z mitycznym Klausem. Zaraz za nimi do Mystic Falls przybywają też czarownicy, oraz więcej wilkołaków. Co za tym idzie – akcja bardzo wyraźnie się zagęszcza. Brakuje nam tu tylko Aniołów i Demonów do kompletu.
Mamy więc godną kontynuację 1 sezonu, bardzo dynamiczną, mroczną, wciągającą, ale niepozbawioną optymistycznych elementów. Wciąż jest to opowieść miłosna, ale bardzo zgrabnie spleciona z innymi elementami. Mamy trupy (i to całkiem sporo, rzekłabym, że sezon 2 to jakby sprzątnięcie z szachownicy większości figur), mamy dojrzewanie bohaterów i intrygę przez duże “I”. Coraz bardziej w naszych oczach zyskuje Damon, który jest bohaterem niezwykle intrygującym i krwistym. Stefano troszkę przynudza, ale jest w tym uroczy i jego też lubię – tym bardziej, że skrywa przecież mroczną część swojej natury. Elena pozostaje bezbarwna jak zawsze - widocznie taka musi być. Katherine mąci, ale Nina Dobrev niespecjalnie potrafi wycisnąć z tej postaci więcej. Podobają mi się jednak bohaterowie i ich relacje (Caroline i Tyler to ostatnio moi faworyci) i obserwowanie ich zmagań naprawdę wciąga. Dlatego jeśli chcesz usiąść do tego serialu to przygotuj się na to, że z wielkim trudem przyjdzie Ci się od niego oderwać.
A ja czekam na ciąg dalszy. :)
