Kiedyś, w dawnych czasach, gdy byłam fanką “japońskiej kreski”, okładki mang Masakazu Katsury były dla mnie śliczne. Do teraz dostrzegam ich niezwykły urok i wciąż podoba mi się jego styl rysunku.
Z “Video Girl Ai” zetknęłam się po raz pierwszy w formie anime, w czasach gdy nikt jeszcze nie marzył o przetłumaczeniu na polski i wydaniu u nas całej mangi. Nie pamiętam już czy widziałam całe OAV, czy tylko fragment, ale nie ma to tak naprawdę znaczenia, bo manga jest zdecydowanie głębsza od filmu. Do lektury mangi pchnął mnie impuls. Nie miałam żadnych wielkich oczekiwań, bo tak naprawdę zupełnie wypadłam z tematu mang i anime. I co? Powiem krótko: manga miażdży.
Historia jest prosta (teoretycznie) – wszystko kręci się wokół sercowych rozterek nastolatków. Mamy oczywiście element fantastyczny, który wprowadza trochę zamieszania (tytułowa Ai nie jest zwyczajną dziewczyną), ale tak naprawdę cały nacisk położony jest na psychologię bohaterów. I muszę przyznać, że Katsura naprawdę porządnie się do tego przyłożył, kupiłam tę jego opowieść. Ale może po kolei.
Głównym bohaterem jest nieśmiały chłopak imieniem Yota, raczej stereotyp japońskiego nastolatka. Niby nic mu nie brakuje, ale jednak nie ma odwagi zbliżyć się do koleżanki ze szkoły, ślicznej Moemi, która jak na złość durzy się w jego superprzystojnym przyjacielu z dzieciństwa, Takashim. Los przychodzi Yocie z pomocą, bo na jego drodze staje Ai, która chce mu pomóc zdobyć serce Moemi. Tylko że przy okazji sama zakochuje się w Yocie, a i jego serce nie pozostaje obojętne na postrzeloną Ai… No i mamy gotowy galimatias.
Oczywiście nie zdradzę tu wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że mimo grożącego Ai niebezpieczeństwa ze strony jej stwórcy, jakiś happy end musi być. Tym bardziej, że po drodze sprawy się komplikują – przede wszystkim w życiu Yoty pojawiają się kolejne dziewczyny. I chociaż związek Yoty z Ai jest bardzo barwny, to jednak dla mnie najbardziej fascynującą postacią była Moemi i jej relacje z Takashim. Wcale nie dopingowałam Yoty w jego dążeniach do zdobycia serca Moemi. Raczej trzymałam kciuki, żeby udało jej się z Takashim. Niestety Katsura jest pod tym względem brutalny, i chociaż cały optymizm i radość wpakował w Yotę i Ai, to pozostałych bohaterów mocno doświadczył.
To nie jest słodka opowieść, ale raczej dramat dużego kalibru. Bohaterom nie wychodzi, związki się nie udają, uczucia umierają, erotyczne doświadczenia zaczynają wywierać piętno. Tutaj naprawdę nie ma prostych rozwiązań. I tylko tej biednej, nieszczęsnej Moemi tak bardzo mi było żal… Ale niestety autor nie miał dla niej litości. Jest bohaterką, która przez całą mangę przechodzi przez największą przemianę wewnętrzną. Szkoda, że po macoszemu został potraktowany Takashi, który swoją tajemniczością i niesamowitą obojętnością na sprawy damsko-męskie aż prosi się o wyraźniejsze wyodrębnienie z tła.
Na pewno warto do tej mangi usiąść choć na chwilę. Jest to już klasyk, którego nie wypada nie znać. Historia nie zestarzała się ani trochę (chociaż ma już 20 lat!), a bohaterowie wciąż są żywi i wzbudzają w czytelniku emocje. Ja zakończyłam lekturę sfrustrowana, ale nie wątpię, że autor z rozmysłem zdecydował się na pewne rozwiązania. Od lektury jednak trudno się oderwać, a strona wizualna potrafi uwieść.