Po raz pierwszy zrobiłam falafel w domu. Dotąd jadłam je tylko w restauracji z tureckim jedzeniem. Ponieważ nie jest wcale trudno o przepis, postanowiłam sprawdzić jak wyjdą robione w domu. Już od jakiegoś czasu myślałam o tym daniu, ale dopiero jakiś czas temu podjęłam wyzwanie.
Wbrew pozorom nie jest z nimi wcale tak dużo pracy. Nie robiłam wprawdzie klasycznie spłaszczonych z dziurką pośrodku, ale uformowałam zwykłe kulki, tak jak pokazano to na zdjęciach obok przepisu. :) Korzystałam z przepisu zamieszczonego w tej oto książeczce, który w moim odczuciu jest wystarczający. Ponieważ nie lubię zbyt pikantnych potraw, to nie dodałam świeżych papryczek chilli do masy, tylko trochę przyprawy (pieprzu cayenne). Najwięcej pracy ma tak naprawdę robot kuchenny, który musi to wszystko zmiksować (ciecierzycę, czerwoną cebulę, przyprawy, chleb razowy), ale jeśli ma się robota z dużym pojemnikiem na składniki, to pójdzie to szybko. U mnie niestety nie było tak lekko – musiałam składniki podzielić na mniejsze porcje i miksować partiami.
Danie wyszło naprawdę dobre. Może trochę przerazić smażenie w głębokim tłuszczu (w końcu sporo oleju trzeba wlać do rondelka), ale kulki szybko się rumienią, więc sprawnie wyławiamy jedną partię i wrzucamy następną. Gdy się już osuszą na papierowym ręczniku i odrobinę ostygną, są chrupkie i bardzo smaczne. Następnego dnia, po przechowywaniu w lodówce, nie są już tak dobre, jak świeże, ale nie ma tragedii. Trzeba jednak ostrożnie się z nimi obchodzić, bo są kruche i bardzo łatwo się rozsypują – a najfajniejsze są własnie w całości, a nie jako rozdrobione kawałki. Poza tym bardzo dobrze smakują z ogórkami kwaszonymi, więc polecam to połączenie. :D
Niewykluczone, że domowy falafel jeszcze u nas na stole zawita. Może następnym razem wypróbuję inny przepis, żeby mieć porównanie. :)
