Po srebrzystej stronie lustra

10 Luty 2010

The Platinum Collection

Filed under: Muzyka — by Oranea @ 22:41

No i mamy nową płytę Enigmy. Chociaż tak naprawdę nie jest to rzecz do końca nowa, tylko wydanie typu the best of. Trochę trzeba było na nią poczekać, mamy przy tym też całkiem pokaźny bonus (zawartość CD3), ale w ogólnym rozrachunku, chociaż dostaliśmy w większości to, co już mamy, to jest to jednak must have każdego fana.

Album dostępny jest w dwóch wydaniach na polskim rynku: trochę tańszym wydaniu 2-płytowym i droższym 3-płytowym. W pierwszym przypadku otrzymamy CD1 “The Greatest Hits” i CD2 “The Lost Ones”, w drugim dochodzi jako CD2 “The Remix Collection” a CD3 to “The Lost Ones”. W moim posiadaniu jest wersja rozszerzona (świeżutki prezent od R. na urodziny, sprezentowany trochę przedwcześnie, ale to z powodu mojej niecierpliwości ;)). Jakie są ogólne wrażenia?

Generalnie jestem zadowolona. Mam wprawdzie trochę mieszane uczucia, bo jednak CD1 i CD2 jednoznacznie kojarzą się z dwoma wydanymi już trochę temu “L.S.D.”, ale czego innego można oczekiwać po płytach podsumowujących historię takiego projektu? Wtedy bonusem był wstępniak “The Landing” i ”Turn Around”, teraz jest to cała dodatkowa płyta. Na CD1 są wszystkie przeboje, które pozwoliły zaistnieć Enigmie w szerszym odbiorze, ale co za tym idzie niekoniecznie znalazły się utwory, które naprawdę najbardziej lubię. Wszystkie utwory są w wersji radio edit, są więc zamkniętymi całościami, nie przechodzą jedna w drugą, co trochę mnie rozczarowało, bo po cichu liczyłam, że tak jak na “L.S.D.” Cretu troszkę je ze soba zmiksuje. Możliwe, że nie chciał powtarzać starego pomysłu. Dobrał przy tym jednak inny zestaw tytułów niż przy wspomnianej już “L.S.D. The Greatest Hits”, co też należy policzyć na zdecydowany plus.

CD2 zawiera remixy, które w zasadzie są mi dobrze znane, bo albo mam je już na płytach, albo zasłyszałam w sieci. One też nie są ze soba niestety połączone i chociaż dostaliśmy kilka dodatkowych kawałków w porównaniu z “L.D.S. The Remix Collection”, to jednak większość się powtarza. Miło mi było jednak usłyszeć (dla odmiany po “L.S.D.”) mój ulubiony remix “Return to Innocence” czyli Long & Alive Version. Pozostałe remixy (“Sadeness”, “Mea Culpa”, “Principles of Lust”, “Age of Loneliness”, “Push the Limits”, “Gravity of Love” i “T.N.T. for the Brain”, czyli połowę płyty) słyszeliśmy już na “L.S.D”, więc zaskoczenia nie będzie. Jedyną nowością dla mnie może być tak naprawdę “Voyageur (Club Mix)”, którego dotąd nie znałam (możliwe, że obił mi się o uszy, ale to wszystko).

CD3 jest ciekawostką i nie można na nią patrzeć jako na “nową płytę” – nic z tych rzeczy, to po prostu zestaw kawałków odrzuconych przy komponowaniu poszczególnych płyt Enigmy, wersje demo. Znajdziemy tu znajome dźwięki, znajome linie melodyczne, możemy więc łatwo przyporządkować niektóre kawałki do konkretnych albumów, na których znalazły się ostatecznie ich zmodyfikowane wersje. Chyba najbardziej szkoda mi “Lost Three”, które nie zostało nigdzie wykorzystane. :) Natomiast “Lost Seven” to ciekawa inna wersja “The Language of Sound” z E7, wcale nie słabsza, tylko… inna, zdecydowanie dynamiczniejsza. Znalazły sie tu też kawałki, które w moim odczuciu jeszcze nawet nie nabrały charakteru, a już Cretu porzucił pracę nad nimi (np. “Lost Six”, bardzo surowe w brzmieniu).

Czy warto nabyć taki box? Fanów nie trzeba zachęcać i biorąc pod uwagę “The Lost Ones” kompilacja ta jest kierowana raczej do nich. Wydanie jest ładne, okładka utrzymana jest klimatem w stylu Enigmy (chociaż nie należy do tych najładniejszych, jakie Enigma dotąd miała), zresztą została już raz wykorzystana w boxsecie “15 Years After” wydanym na 15-lecie Enigmy. Ponieważ jednak był to boxset bardzo drogi i trudno dostępny, to nic dziwnego, że go nie pamiętam. :) Załączona książeczka jednak rozczarowuje, bo jest cieniutka i zawiera tylko spis utworów na płytach, bez żadnych dodatkowych informacji, które byłyby ciekawym uzupełnieniem w podsumowaniu historii takiego niezwykłego projektu, jakim jest właśnie Enigma.

Mimo wszystko jest to ładny nabytek do kolekcji. :)

19 Styczeń 2010

Seven Lives Many Faces

Filed under: Muzyka — by Oranea @ 00:48

Siódma płyta Enigmy była przeze mnie wyczekiwana, nie zaprzeczam. Towarzyszyła temu jednak namiętność mniejsza od tej, którą czułam jeszcze kilka lat temu obcując z wcześniejszymi albumami tego projektu. Tak to już jest – dorastamy my i dorastają nasze gusta. Pozostaje sentyment, ale nie można już odbierać świata tak, jak wcześniej. W tym przypadku zmieniła się również muzyka, ale to przeciez normalne, że artysta chce się rozwijać.

Porwałam się od razu na wydanie dwupłytowe i nie żałuję, ale tylko dlatego, że z muzyką Enigmy czuję się wyjątkowo związana – nie trafiłam chyba dotąd na muzykę, która bardziej by do mnie przemiawiała. Od razu zaznaczę, że płyta ta nie jest żadną nowością – premierę miała we wrześniu 2008 roku, więc powinnam raczej pisać o oczekiwaniu na kolejny krążek Michaela Cretu. Jak najbardziej czekam, ale póki co mam do słuchania siedem jego wcześniejszych albumów.

Enigma 7 bardziej niż Enigma 6 “A Posteriori” nawiązuje do tego, z czego Enigma w ogóle zasłynęła na samym początku swojego istnienia w latach 90-tych. Enigma 7 jest inna, ale Michael Cretu postarał się, żeby znalazło sie kilka muzycznych odwołań do jego wcześniejszych płyt.

Najlepszym utworem na płycie jest zdecydowanie śpiewany (zdaje się, że po kastylijsku) “La Puerta Del Cielo”, czyli “Wrota Niebios”, chyba najbardziej przypominający mi “Return to Innocence” z E2. Nie bez powodu wybrano go na singiel promujący nową płytę. W domu tylko ja słucham Enigmy, ale jest to jeden z jej nielicznych utworów, który podoba sie również R. :) Bezdyskusyjnym numerem drugim jest “The Same Parents”, które wprowadza mnie w stan melancholii i przypomina genialną płytę E4. Podoba mi się też, że w tym akurat utworze znów istotny jest tekst, tak samo jak liczył się na starszych albumach, gdzie piosenki niosły jakiś przekaz. Może to być uznane za przekaz mało wysublimowany, typu “siekierą między oczy”, ale w tak ładnej oprawie jestem gotowa wiele wybaczyć i wszystko niemal wchłonąć. :) Pozostałe utwory tworzą właśnie tę oprawę, klimatyczną, przepełnioną przestrzenią, echami głosów, zmysłową. Brakuje mi trochę większej liczby sampli, które Cretu tak pracowicie wyszukiwał z różnych płyt innych artystów, ale E7 to już nowa Enigma, która miała odchodzić powoli od sampli. Nie uważam jednak żeby ten pomysł na Enigmę przepełnioną odnośnikami do twórczości innych artystów zupełnie się wyczerpał, ale rozumiem, że Cretu chce powiedzieć więcej od siebie. Na szczęście dla oddanych fanów pozostawił kilka smaczków. :)

Płyta zaczyna się od “Encounters”, czyli (jak ja to nazywam) “wstępniaka”, podobnego bardziej do melodeklamacji niż do piosenki. Jest to naturalny początek każdej płyty Enigmy, tradycyjne zaproszenie do podróży w świat muzyki. Potem mamy tytułowy “Seven Lives”, szybki kawałek, który jest niezbędnym elementem zdynamizowania płyty. Z tym utworem mam problem, bo przy pierwszym przesłuchaniu byłam nim rozczarowana, a dopiero po przesłuchaniu całej płyty przekonałam się do lekko rapującego rytmu całości, który początkowo zupełnie nie pasował mi do Enigmy. Do głosu Andru Donaldsa nie można się przyczepić, bo od jakiegoś już czasu jego obecność w utworach Enigmy jest zupełnie naturalna. Wciąż jednak można wyczuć tutaj to, co definiuje muzykę Enigmy.

“Touchness” nie jest ani odrobinę bezbarwne, jest spokojne, przepełnione głosami które nadają mu charakteru. Przechodzi ono bezpośrednio w moje ulubione “Same Parents” i dalej mamy “Fata Morgana”, które może kojarzyć się (w spokojniejszych fragmentach) z uśpioną pustynią w nocy. Gdyby nie żywsza obecność gitary elektrycznej to całość byłaby zbyt mdła. “Hell’s Heaven” to taki akustyczny “zapychacz”, melancholijny, utrzymujący ogólny klimat płyty. Dla mnie utwory pozbawione głosów zlewają się zawsze w jedno, nie wyczuwam przejścia między jednym a drugim. W dodatku Cretu nie ułatwia ich odbioru – u niego utwory niemal zawsze są ze sobą połączone i poszczególne utwory nachodzą na siebie.

“La Puerta Del Cielo” to oczywiście mistrzostwo, które chwyta bardzo mocno za serce. Żeby lekko wyhamować mamy po nim “Distorted Love”, za którym nie przepadam. Może to kwestia tekstu, może też linii melodycznej – trudno ocenić. Głos Andru Donaldsa nie bardzo mi tu pasuje, chociaż doceniam, że utwór ma pazur i równoważy część melancholijną płyty. “J’Taime Till My Dying Day” jest już bardziej w takim stylu, jaki lubię – trochę romantyczne, oparte na głosie męskim i kobiecych szeptach, z bogatym tłem. W “Deja Vu” znaleźć można ciekawe odnośniki – wykorzystano tu sample, które przewinęły się też gdzie indziej (głosy męskie, które pojawiły się już w “Inception” Chorus of Tribes) a sama muzyka ma kilka “azjatyckich” elementów. Całość nastraja mnie wspominkowo (stąd też pewnie tytuł). Szkoda tylko, że jest to taki krótki kawałek, nie nacieszyłam sie nim zanadto. “Between Generations” nie jest specjalnie melodyjne, niczym szczególnym nie wybija się nad całość płyty – taki gorszy brat “La Puerta Del Cielo”. Przewijają się tutaj w tle ciche chorały gregoriańskie, z których Enigma zasłynęła na samym początku swojego istnienia. Chorały te przebijają gdzieniegdzie na całej płycie co jest wyraźnym sygnałem, że Cretu nie odciął się zupełnie od “starej” Enigmy.

“The Language of Sound” to już zakończenie płyty. Nie jest to wprawdzie klasyczna piosenka, której się spodziewałam, ale po prostu utwór przepełniony głosami. Te głosy zresztą również nie są czymś zupełnie nowym – uważny słuchacz na pewno rozpozna kilka znajomych sampli. :)

I w ten oto sposób kolejna płyta Enigmy za nami. :) Czy warto po nią sięgnąć? Jestem zatwardziałym fanem Enigmy, więc zawsze mówić przeze mnie będzie pasja. :) Nie jest to najlepsza płyta Engimy, ale na pewno całkiem niezła i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby właśnie od niej rozpocząć swoją przygodę z najbardziej znanym projektem Michaela Cretu.

Theme: Toni. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.