Tagi

, , , , , , , ,

Na seans pobiegliśmy od razu w dniu premiery – przyznam, że po obejrzeniu trailera nie mogłam sie już doczekać. :) Nie udało nam się dostać do IMAXa, ale nie był to dla mnie dramat – w zwykłym kinie, w dodatku nie w multipleksie, wrażenie też było bardzo dobre, a okulary wcale nie uwierały w nos. Zresztą nie lubię gdy ekran jest za duży, bo wtedy nie wiem gdzie skupić wzrok, żeby ogarnąć całą akcję.

Wyszłam z kina jeszcze bardziej podekscytowana niż przed seansem. Wzięliśmy ze sobą orzeszki do pochrupania i picie, ale w ogóle po to nie sięgnęliśmy – film wciągnął nas zupełnie, nie odczuliśmy żadnych dłużyzn, nie myśleliśmy o niczym, tylko podążaliśmy za historią, prosto w dżunglę Pandory. I to jest chyba najlepsza rekomendacja – w końcu idziemy do kina żeby oderwać się od naszej rzeczywistości, przeżyć coś nowego. I „Avatar” jest właśnie takim przeżyciem.

Od strony wizualnej jest (jak już powszechnie wiadomo) zjawiskowy i zapiera dech w piersiach. Można mu zarzucić schematyzm, przewidywalność, zbyt czarno-biały podział ról (jeśli źli, to źli do szpiku kości, jeśli dobrzy, to szlachetni i bohaterscy) i słabą psychologię bohaterów. I na pewno znajdzie sie spora grupa osób, którym będzie to przeszkadzało, bo po filmie okrzykniętym jako rewolucyjny jeszcze przed premierą można oczekiwać czegoś więcej niż tylko efektów specjalnych. Przyznam jednak, że w kinie dałam się uwieść tej opowieści nawet mimo tych niedociągnięć, bo całym sercem chciałam, żeby był happy end – innego zakończenia bym nie przeżyła. To bardzo dziecinne podejście, ale ono pokazuje jak wielkie emocje ten film potrafi wzbudzić.

Podobieństwo błękitnych Na’vi do Indian jest uderzające i to też można uznać za wadę – można to tłumaczyć amerykańskim kompleksem, albo brakiem wyobraźni reżysera, który nie potrafił wymyślić obcych, którzy byliby naprawdę obcy, a zamiast tego są humanoidalni. Mnie nie przeszkadzało to dlatego, że zawsze lubiłam filmy o dobrych i szlachetnych Indianach, więc nawet indiańskie okrzyki Na’vi nie były dla mnie rażące. Poza tym należę chyba do nielicznych ludzi, którzy uznają Na’vi otwarcie za istoty niezwykle atrakcyjne fizycznie – znajomi nie podzielali mojej opinii po seansie. :) I dlatego główny wątek romantyczny nie był dla mnie wcale nierealistyczny. ;)

„Avatar” jest jednak oparty  na zasadach mitu, a to zostało bardziej szczegółowo omówione już w Esensji. I chyba właśnie tak należy go odbierać, jako opowieść o archetypicznej walce dobra i zła, co w efekcie prowokuje porównania do „Gwiezdnych wojen”, które też stały się czymś w stylu współczesnego mitu.

Niezależnie jednak od powyższych dywagacji po wyjściu z seansu na ustach i tak miałam tylko jedno słowo: Marvelous!

Reklamy