Tagi

, , , , , , , ,

Wyjazd dobiegł końca. Ostatnie trzy dni przeznaczyliśmy na Nowe Miasto (m.in. Tańczący Dom i Národní divadlo czyli Teatr Narodowy), Ogród Zoologiczny i Muzeum Muchy. Pogoda nam dopisała, z wyjątkiem dnia, kiedy odwiedziliśmy zoo – wtedy padało i niebo wciąż było zachmurzone.

Zoo jest olbrzymie, a wybiegi dla zwierząt przygotowane bardzo starannie. Ponieważ jednak był to luty, dominowały szarości, kałuże i błoto. Tylko kolorowe ptaki w klatkach wyraźnie odcinały się od tła, nie do końca pasując do ponurej pogody. Ogród jest na pewno oblegany latem i wiosną, kiedy zwierzęta są weselsze, a rośliny zieleńsze. Dzieci bawią się pewnie na przygotowanych z rozmachem placach zabaw, a dorośli oblegają bary. Obawiam się jednak, że wtedy całe zoo jest zupełnie zatkane ludźmi i ledwo można się minąć na ścieżkach. Pod tym względem zima ma swoje zalety – byliśmy jednymi z nielicznych gości, a w barze bez kłopotu znaleźliśmy wolny stolik.

Po Muzeum Muchy spodziewaliśmy się wiele, i pewnie dlatego się zawiedliśmy. Ekspozycja obejmowała oczywiście prace artysty, ale spodziewaliśmy się większych zbiorów. Gdyby nie puszczany w głębi film o Musze i jego twórczości, pobyt w muzeum ograniczyłby się do krótkiego rzutu okiem na plakaty i zdjęcia (niezbyt liczne biorąc pod uwagę płodność tego artysty). Nie żałuję jednak wydanych pieniędzy – mimo wszystko warto tam wejść i zobaczyć to miejsce. Chociaż odwiedzenie „muchowego” sklepu z pamiątkami przy muzeum nie jest już konieczne – nie znajdziemy tam niczego wyjątkowego, drobiazgi te przewinęły się już i w innych sklepach w mieście.

Pożegnanie Pragi musiało w końcu nadejść. Gdy my wyjeżdżaliśmy, Praga akurat przeżyła nalot wycieczek – na Starym Mieście było gęsto od ludzi (głównie Włochów). Pożegnaliśmy się z tym pięknym miastem trdelnikiem (którego na pewno będzie nam brakować) i zabraliśmy ze sobą setki zdjęć oraz ponad 2 godziny filmu. Będzie co wspominać. :)

Nie jestem pewna czy uda nam się tutaj wrócić –  w końcu jest tyle miejsc, w których jeszcze nie byliśmy… Zbyt wielu pamiątek nie przywieźliśmy, bo sklepowe półki uginały się od kiczu i bardzo trudno było wybrać cokolwiek sensownego. Z pustymi rękami jednak nie wróciliśmy. :)

Czeskie piwo? Spróbowałam, ale ponieważ piwo zupełnie mija się z moim smakiem, wolałam czeskie dania, na które decydowaliśmy się knajpach. Piszę te słowa już z domu, mając za sobą całonocną podróż pociągiem. I patrząc wstecz stwierdzam, że te 8 dni minęło nam baaardzo szybko – jak to zwykle bywa na urlopie. ;)

Bye bye, Prague!

Reklamy