Tagi

, , , ,

Restauracja The Mexican na ulicy Foksal jest znana chyba wszystkim, bo to dość popularny „punkt wypadowy”, ze smacznym jedzeniem, klimatem, ale przede wszystkim mieszczący się w dobrym, bardzo wygodnym miejscu. Druga restauracja w Warszawie pod tym szyldem mieści się na Podwalu, poza tym mamy jeszcze dalsze restauracje w innych miastach (dwie w Łodzi, i po jednej w Poznaniu, Wrocławiu, Sopocie, Krakowie i Zakopanem).

Nasza przygoda z The Mexican zaczęła się sporo wcześniej – po raz pierwszy byliśmy tam z R. jakieś dwa lata temu, kiedy to wyciągnęli nas tam na kolację J. i Ł. Było sympatycznie, ale  bez zachwytów (zamówiłam coś, co nie bardzo mi smakowało). Później byłam tam także z A., jakoś latem, kiedy mieli czynny ogródek (wtedy niestety nie trafiło nam się miejsce od frontu, ale na tyłach budynku). Z R., K. i O. byłam więc na Foksal po raz trzeci. I była to chyba najlepsza jak dotąd wizyta.

Warto zarezerwować stolik, bo jednak ruch jest tam spory. Poprzebierani kelnerzy (szczególnie kelnerki z obnażonymi brzuchami) od razu zwracają uwagę. Również wystrój jest ciekawy (żyrandole z butelek są unikalne, do tego porozwieszane zdjęcia gości wydrukowane w stylu plakatu „WANTED!”). Największym atutem pozostaje jednak jedzenie.

Na powitanie zostaliśmy poczęstowani nachos z sosem pomidorowym. Zamówiłam quesadillas de hongos, które nie były zbyt dużą porcją, ale jak dla mnie idealną. Tylko sos był dla mnie troszkę zbyt pikantny (nie jestem miłośniczką smaków pikantnych). Na deser nie mogłam sobie odmówić crema brulee, na którym kelner w naszej obecności opalił z wierzchu cukier. R. skusił się na porządną porcję jedzenia –  burritos de pollo, smaczne, ale niezwykle sycące. Deser zjedliśmy niby na pół, ale w sumie nie byłam zbyt chętna żeby się dzielić. ;)

K. zdecydowała się na enchilada combinados, a O. na lomo con calabacin. A na deser wypróbowali na spółkę future bananas, dość ciekawe danie z bananami i biszkoptami. Podobno jednak lepiej się to zapowiadało (z nazwy i opisu) niż faktycznie smakowało, więc chyba nie ma co liczyć na powtórkę.

Co to by jednak była za wizyta w meksykańskiej knajpie bez margarity? Smaków do wyboru jest kilka, wszystkie w dwóch rozmiarach, sposób podania również jest fajny. Na naszym stole stanęły w ciągu wieczoru trzy margarity: arbuzowa, grejfrutowa i kiwi. Wszystkie małe, bo duże podają jednak w zbyt wielkich kielichach, a na krawędziach naczyń tradycyjnie był cukier. A. bardzo mi kiedyś chwaliła te margarity i trzeba przyznać, że są one dość mocne, a nie rozcieńczone, więc jeśli ktoś liczy na leciutkiego drinka to może się zdziwić.

Podczas naszej wizyty przy stoliku obok siedział jubilat, było więc śpiewanie kelnerów i mały tort ze świeczką wjechał na stół. Trzeba tu się przyzwyczaić do strzelania kapiszonami, albo niespodziewanego pojawienia się Zorro. Jest też muzyka na żywo (wyszliśmy, gdy artysta przygotowywał się do występu, więc tego nie doświadczyliśmy). Tak, to zdecydowanie może się podobać. Natomiast nie podobało nam się zamawianie herbaty (jakkolwiek absurdalnie to brzmi). Restauracja ma w ofercie dwa rodzaje herbat: tańszą firmy Dilmah (6zł) i droższą firmy Richmont (12zł). Kelner przy zamówieniu nie pyta o to którą zamawiamy, wyboru dokonuje się z tych droższych, bo ich listę od razu podaje gościom. Trzeba więc wyraźnie podkreślić, że chce się akurat herbatę Dilmah – my o tym nie wiedzieliśmy przy zamówieniu i dopiero później doczytaliśmy się w menu, że w ogóle mieliśmy jakiś wybór. Mniejsza już o pieniądze, ale to trochę nieeleganckie, żeby tak naciągać gości na droższą herbatę.

Gdyby nie ta jedna wpadka, to byłoby naprawdę bardzo fajnie. Do tego kelner trochę zbyt gorliwie nas omijał, więc czekaliśmy dość długo, żeby w ogóle cokolwiek móc domówić (stolik obok z jubilatem był widocznie atrakcyjniejszy). Mimo to myślę, że warto tam zajrzeć. My w najbliższym czasie raczej powtórki nie planujemy (zbyt wiele jest innych fajnych miejsc do wypróbowania), ale nie wyszliśmy zdegustowani, a to chyba najważniejsze.

Reklamy