Tagi

, , , ,

Marek S. Huberath nie pisze wiele. Od czasu do czasu pojawia się jednak nowa książka jego autorstwa, obok której nie można przejść obojętnie. Pamiętam gdy po raz pierwszy czytałam znakomite „Gniazdo światów”, które zrobiło na mnie niebagatelne wrażenie. Potem zapoznałam się z „Miastami pod Skałą” – lektura nie była łatwa i szybka, ale ukończyłam ją oszołomiona wizją autora. Po 6 latach od ostatniej powieści pojawiło się „Vatran Auraio”. Nie czekałam na nie niecierpliwie, ale wiedziałam, że warto będzie po nie sięgnąć. Okazja trafiła się dość szybko – mianowicie kwietniowy Stolyk Lyteracki, na który zresztą sama nowego Huberatha zaproponowałam. Książka patrzyła na mnie z półki ilekroć wchodziłam do pokoju, więc nie bardzo mogłam o niej zapomnieć. Zainteresowanych zapraszam do relacji z kwietniowego Stolyka, jak zawsze znakomicie przygotowanej przez nosiwodę.

Huberath pisze w sposób jedyny w swoim rodzaju. Nie jest to może piękny język Anny Brzezińskiej, ale ilekroć czytam jego prozę, czuję ciepło, miękkość, łagodność. Jego męscy bohaterowie nie są typami macho, co bardzo do mnie przemawia. Autor nie obchodzi się ze swoim światem brutalnie, ale raczej czule, łagodnie. Nawet jeśli pisze o bólu, cierpieniu i śmierci, to nie ma w tym agresji i sadyzmu.

Wizja w „Vatran Auraio” jest naprawdę niezwykła, a przy tym bardzo smutna. Obserwujemy (jak w „Chłopach” Reymonta – porównanie to cisnęło się na usta nie tylko mnie) rok życia ludzi na pewnej odległej planecie. Jest to życie oparte na bardzo starannych rytuałach, podporządkowanych cyklowi życia. Mamy więc długie miesiące, podczas których następuje wymiana pokoleniowa w wiosce. Na wszystko patrzymy oczami głownego bohatera Ajfrida, Vatrana Auraio, czyli swoistego szamana wioski. Pozornie opowieść jest prosta, pozbawiona dynamicznej akcji, ale tak naprawdę Huberath z rozmysłem skupia się na codzienności bohaterów, chcąc pokazać ich walkę o byt.

Książka bardzo mi się podobała, bo jest niezwykle starannie pomyślana i skontruowana, przepełniona wieloma odniesieniami do symboli, które pozwalają sięgnąć głębiej w interpretacji. Autor z monotonii opowieści wybija nas niezwykłymi zdarzeniami, jak jest choćby w przypadku spotkania z tajemniczym porokiem, którego wątek nie zostaje wcale wyjaśniony. W czytelniku wzbudza to niepokój i złość, że autor to zaniedbał, ale w moim odczuciu chodziło tylko o spotęgowanie tego, jak bardzo świat tej planety przerasta bohaterów. I że tak jak w życiu nie na wszystkie pytania można znaleźć odpowiedź.

Tło językowe (język „postsłowiański”) i kulturowe jest bardzo mocną stroną powieści. Społeczeństwo z powodu zmian genetycznych znalazło zupełnie nowy sposób na rozmnażanie – szokujący, ale sprawdzający się w trudnych warunkach. Huberath pozwala swoim bohaterom rodzić się ze śmierci i przez bliski kontakt z nią oswajać się z jej nieuchronnością, jak czyniono to dawniej, gdy człowiek żył blisko natury (znakomitym przykładem jest mumifikacja zwłok, która w książce nie jest przedstawiana jako naruszanie tabu). Skąd człowiek się wziął na tej planecie pozostaje w sferze domysłów, ale autor pozostawia tropy, z których można wysnuć własne hipotezy. I trzeba przyznać, że o ile powierzchownie jest to po prostu intrygująca i smutna powieść, o tyle przy głębszej dyskusji ujawnia mnóstwo niuansów, które ukazują jej bardzo przemyślaną konstrukcję. Huberath nie idzie jednak na łatwiznę i nie daje prostego klucza. Pozwala czytelnikowi go poszukać we własnym zakresie.

Źródłem smutku jest oczywiście przemijanie, ale przede wszystkim utrata historii i wiedzy, która postępuje poprzez niszczenie materiałów utrwalonych na papierze i powolne wymieranie ludzkości. Vatran Auraio próbuje przepisywać sterty notatek, żeby zachować je jak najdłużej dla potomnych, ale większość tej wiedzy nie ma znaczenia przystosowawczego i jest w sposób naturalny skazana na zniknięcie.  Jest to wizja bardzo przygnębiająca, ale prawdziwa. Jeśli przyjąć, że ludzie ci są osadnikami na obcej planecie, to można dojść do wniosku, że pokazano zdobywanie kosmosu wcale nie jako wielki sukces, ale realne zagrożenie. I to zagrożenie, którego źródłem nie jest wcale obca cywilizacja, która zniszczy nasze statki kosmiczne, ale… obcość ekosystemu innej planety, do którego nie będziemy w stanie się do końca przystosować. Jest to jedno z wielu przemyśleń, jakie lektura tej powieści może wywołać. Tym bardziej, że podróże międzygwiezdne są u Huberatha rozwiązane dość niestandardowo.

Do powieści dołączono jeszcze dwa opowiadania, które również dzieją się uniwersum „Vatran Auraio”: „Spokojne, słoneczne miejsce lęgowe” i „Maika Ivanna”, oba bardzo silnie ze sobą splecione. Są one jednak utrzymane w innym klimacie i chyba właśnie dlatego podobały mi się mniej od samej powieści. Jej niejasność, wewnętrzne napięcie i niezwykła obcość zdecydowanie bardziej zadziałały na moją wyobraźnię. Trzeba jednak pamiętać, że oba opowiadania powstały sporo wczesniej niż powieść, więc i wizja autora miała prawo wyewoluować.

Zdecydowanie nie jest to książka, obok której można przejść obojętnie. Może na początku nie przypaść do gustu (na Stolyku większość głosów była raczej daleka od zachwytów), ale myślę, że warto dać jej szansę i pozwolić się uwieść niesamowitej wizji Huberatha. Ja dałam się uwieść i lektura na kilka dni zupełnie mnie pochłonęła, nie mogłam się od niej oderwać. Nie ma chyba lepszej rekomendacji. :)

Reklamy