Tagi

, , , , , , , ,

Już jakiś czas temu wybraliśmy się do kina z K. i O. na czwartą część „Piratów z Karaibów”. Byłam nastawiona sceptycznie. Z jednej strony chciałam ten film zobaczyć, bo żywię wielką słabość to całego cyklu (szczególnie do części pierwszej), ale czytałam opinie, że nie ma sensu oczekiwać fajerwerków. Historia jest niezależna od poprzednich części, a poza tym zmieniono reżysera (sprawdzonego Gore’a Verbinskiego wymieniono na Roba Marshalla). Dobrze, że pozostali aktorzy i genialny główny motyw muzyczny Hansa Zimmera…

Nasz seans był w wersji 3D, co wcale mnie nie cieszyło, bo nie uważam żeby dołożenie pseudo-trzeciego wymiaru marnemu filmowi mogło go uratować. I po seansie stwierdzam, że 3D było zbędne – zupełnie dobrze oglądałoby mi się film w normalnym, przestarzałym, ale sprawdzonym 2D.

Nasz ukochany, jedyny w swoim rodzaju Jack Sparrow wyrusza na poszukiwanie Fontanny Młodości, a wraz z nim jego załoga, nasz stary znajomy Barbossa oraz kilku nowych bohaterów (m.in. mroczny Czarnobrody i jego piękna, ognistokrwista córka Angelica). Od samego początku iskrzy między Angelicą i Sparrowem, co nie jest żadnym zaskoczeniem biorąc pod uwagę ich przeszłość i konstrukcję fabuły. Sama Angelica jest natomiast podobnie skonstruowana do Elizabeth, czyli niepokorna i trochę szalona, co dodaje całości odrobiny pikanterii. Z braku głębszego wątku romansowego (główni bohaterowie się czubią, ale nic z tego nie wynika) dodano historię miłości „międzygatunkowej”, która jednak sprawia wrażenie doczepionej łaty.

Film na początku sprawia przykrość, bo przez pierwsze minuty nie jest w ogóle śmieszny, chociaż bardzo próbuje (i to jest najbardziej przykre). Potem się rozkręca i nie sprawia już bólu w trakcie oglądania, a momentami jest naprawdę zabawny. To nie to samo co części wcześniejsze, ale tragedii nie ma, można się pośmiać i odprężyć.

Bohaterowie są ostro zarysowani i tak naprawdę nie wychodzą poza ramy swoich ról (to, że Sparrow nie jest do końca egoistą wiemy nie od dziś, a i Barbossa nigdy nie był jednowymiarowy). Depp wciąż ujmuje w roli Sparrowa, ale chyba stracił już do tej roli serce – w końcu ile można się śmiać z tego samego dowcipu? Rush za to jest wciąż genialny i nie odpuszcza swojemu Barbossie. Cruz dobrze się czuje w swojej roli i przyjemnie się na nią patrzy (o nic więcej chyba twórcom nie chodzi). McShane w roli Czarnobrodego prezentuje się ciekawie, tym bardziej, że jego bohater sam w sobie jest interesujący i ma potencjał (co nie zostało w moim odczuciu wykorzystane). Keitha Richardsa w roli Kapitana Teague’a również nie mogło zabraknąć… Efekty specjalne widać, ale to teraz norma a nie ewenement. Za to wątek syren jest strzałem w dziesiątkę i ich pojawienie się jest najlepszą częścią filmu (nawet jeśli przewidywalną).

Czy film mi się podobał? O dziwo tak. To już nie to samo, ale wciąż mamy styczność z dobrą rozrywką na wieczór. O ile początkowo byłam większą miłośniczką Sparrowa, to jednak teraz przyznam, że film oglądałam dla Barbossy. Bardziej przemawiali do mnie bohaterowie pierwszych trzech części, ale nie spodziewałam się rewolucji. I chyba tak należy do tego filmu podejść. Szkoda będzie jednak obserwować z każdą następną częścią, jak zeszmacony zostaje ten bardzo fajny pomysł na film w pirackich klimatach…

Reklamy