Tagi

, , , , , , ,

Czasem weekendowy wypad potrafi zdziałać cuda. Po monotonii powszedniego dnia jest to moment w którym można się „zresetować” i podładować baterie. Nam było to pilnie potrzebne. Mieliśmy w ostatnim czasie za dużo stresu, ciśnień i permanentnego „niedoczasu”.

Kraków nie był naszym pomysłem, tylko K. i O. To oni też zorganizowali wszystko (dzięki Wam, kochani!). Droga do Krakowa pociągiem nie była wcale taka zła – trafił się nam wolny przedział, więc mogliśmy normalnie usiąść. Dopiero potem dosiadła się do nas matka z wyjątkowo przemądrzałym i rozpieszczonym synkiem, ale daliśmy radę. Dojechaliśmy zmęczeni, ale nie mogliśmy sobie odmówić wieczornego spaceru nad Wisłą. :)

Całą sobotę spędziliśmy na nogach, chodząc po mieście (Wawel, Kazimierz), a na obiad jedliśmy wielkie zapiekanki na Placu Nowym – wyglądały naprawdę efektownie, ale w smaku były podobne do pizzy, więc nie byliśmy zachwyceni. Dzień był fizycznie męczący, ale nie mieliśmy żadnego ciśnienia, że wszystko musimy przez te dwa dni zobaczyć. Raczej szwendaliśmy się, tym bardziej, że pogoda bardzo nam się udała, było ciepło, a w niedzielę też bardzo słonecznie (zero deszczu – co niekoniecznie jest regułą w tegoroczne wakacje).

Dopiero powrót okazał się prawdziwą przygodą (opisał to już Photozaur). Generalnie PKP nie przestaje mnie zadziwiać. Oczywiście mogliśmy się skusić na bilety z miejscówkami w InterCity, ale nie myślałam, że może to wyglądać w ten sposób. Dopiero po powrocie stwierdziliśmy, że trzeba było jednak zapakować się w samochód – i chyba tak właśnie zrobimy gdy jeszcze raz postanowimy odwiedzić Kraków. :)

To była tak naprawdę moja pierwsza taka porządniejsza wizyta w Krakowie. Dotąd bywałam tam raczej przejazdem, na tyle krótko, że trudno było naprawdę zobaczyć to piękne miasto. Weekendowy wyjazd też nie jest wystarczający, można tam swobodnie spędzić tydzień, ale to zawsze lepiej niż kilka godzin. :) I jedyne, czego nie mogłam przeboleć, to że ten weekend był taki krótki!

Reklamy