Tagi

, , ,

Rzecz się dzieje w Wielkiej Brytanii. Głównym bohaterem jest młody, dwudziestokilkulatek Jamie, fotograf, zwolennik tradycyjnej kliszowej fotografii. Jamie jest osobą wrażliwą, nieśmiałą i bardzo skrytą. Od urodzenia jego twarz pokrywa wielkie znamię w kształcie serca, co spowodowało, że ludzie zawsze trzymali się od niego z daleka. On sam również ukrywał się pod kapturem i unikał kontaktów. Jamie nie ma przyjaciół poza swoim aparatem fotograficznym. Mieszka z matką i tęskni za zmarłym ojcem, który również był fotografem i nauczył go pracy z aparatem. Pracuje w studiu fotograficznym prowadzonym przez brata (chociaż nie jest pokazane co dokładnie robi – głównie siedzi w ciemni wywołując własne prace).

Akcja zaczyna się w momencie, gdy poznaje ładną modelkę pozującą bratu do sesji. Równocześnie w mieście zaczyna się robić niebezpiecznie, bo gang młodocianych w dziwnych maskach podpala nocą przechodniów na ulicach. Jamie spotyka kogoś z gangu zupełnie przypadkiem. Ciśnienie rośnie gdy okazuje się, że to, co młodzi mają na twarzach nie jest wcale maską…

Początek filmu wciaga, bo tajemniczość gangu działa na wyobraźnię. Potem jednak czar pryska, a w drugiej połowie film zaczyna się robić trywialny (jak to okreslił mój Tata). Nie rzucę wielkim spojlerem, gdy powiem, że wyjaśnienie tajemnicy gangu związane równocześnie z pojawieniem się Papy B jest rozczarowujące mimo rozbudowanych elementów mistycznych (w końcu polski tytuł mówi sam za siebie). Im dalej tym gorzej – Jamie zaczyna się z Papą B układać, a zapłata, jaką musi uiścić, nie jest wcale taka niska jak się spodziewał… To, co jest najciekawsze w tym wszystkim to rola małej Belle, dziewczynki gorszej i bardziej zdradliwej od Papy, bo wzbudzającej zaufanie. Można rzec, że to ona tak naprawdę popycha Jamiego w kierunku Zła.

To, co na początku jest filmem podszytym lekkim dreszczykiem, staje się następnie horrorem (miałam skojarzenie z „Adwokatem diabła”). Film jest nierówny. Najpierw mroczny i dobrze wyważony, potem zostają odkryte wszystkie karty i robi się momentami niesmacznie i trochę żenująco. Tym bardziej gdy po układzie z Papą Jamiemu nagle dopisuje szczęście (związek idealny z poznaną wcześniej modelką Tią).

Jamie nie jest do końca klasycznym wyrzutkiem. Od początku był akceptowany przez ojca (był nawet jego ulubieńcem), ma normalnego brata (ożenionego i dzieciatego) z którym nie jest wcale skonfliktowany. Również matka jest osobą jak najbardziej normalną i ciepłą. I chociaż rodzina traktuje go zupełnie normalnie, sam Jamie nie jest w stanie samego siebie normalnie traktować. Bardzo przekonująco zagrał go Jim Sturgess. Gdyby nie on byłby to film nie do oglądania.

Tytuł można rozumieć dosłownie – Jamie chce być tym „bez serca”, bo chce się pozbyć swojego piętna. Życzenie Papy B, żeby wyrywać serca ofiarom również jest utrzymane w tej symbolice. I chociaż rozumiem chęć nadania filmowi drugiego dna, to jednak efekt ten nie zostaje osiągnięty. Mamy sporo trupów, trochę dramatyzmu, a na sam koniec autorzy postanawiają zrobić małą rewoltę i stawiają pod znakiem zapytania wszystko, co dotąd widzieliśmy. W efekcie dostaliśmy film nierówny, który sam nie wie w którym kierunku chce iść. Z drugiej strony właśnie to dziwne zakończenie czyni „Heartless” filmem zjadliwym, bo gdyby opowieść pozostała na mieliznach dosłowności film byłby jeszcze gorszy.

Polecać, czy nie polecać? Trudne pytanie. W moim odczuciu nie jest to zupełnie zły film. Ot, przeciętniak, który można zobaczyć, jeśli ma się trochę wolnego czasu. Gdzieś od połowy film był już nudnawy i chociaż twórcy bawią się zwodzeniem widza (w myśl zasady „nic nie jest tym na co wygląda”), to jednak czuje się pewien niedosyt po seansie. Mogło być lepiej, naprawdę.

Reklamy