Tagi

, , , , ,

No i już jest po naszym „nieweekendowym weekendzie”. ;) Mówię o weekendzie, bo wyjazd trwał krótkie, ale intensywne 3 dni, natomiast był on nieweekendowy, bo wypadł w środku tygodnia (co było naprawdę świetnym pomysłem ze strony logistycznej). Udało nam się zorganizować wspólny wyjazd do Torunia dość spontanicznie, chociaż myśleliśmy o tym już od dłuższego czasu tylko terminy nam się wciąż rozjeżdżały. Za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik tak naprawdę możemy być wdzięczni K. i O., a szczególnie K., bo gdyby nie ona, to Toruń w ogóle nie zawitałby w naszych głowach. :)

Trzy dni to dużo i mało zarazem. Dużo, bo zawsze można coś w tym czasie obejrzeć, a mało, bo nim się obejrzeliśmy, a już trzeba było wracać do domu, do szarej rzeczywistości. Pogoda, mimo dość niekorzystnej aury, była dla nas łaskawa, bo mieliśmy trochę słońca i nawet nie padało zbyt intensywnie, więc nie zmokliśmy. Grudzień nie jest łatwą porą roku na urlop, tym bardziej w naszej pięknej Polsce – zimno daje wtedy mocno w kość, zdarzają się opady, dzień jest krótki i co za tym idzie trzeba wcześniej wstać, bo po godz. 16:00 to w zasadzie nic już nie widać – ale poradziliśmy sobie z tymi niedogodnościami. :)

Toruń jest miastem bardzo urlokliwym, niedużym, ale dzięki temu wszędzie jest blisko. Spacer po starówce nieodmiennie przypominał mi piękną Pragę. Wiedzieliśmy, że od 15-tego grudnia na Rynku Nowomiejskim ma w Toruniu rozpocząć się Jarmark Bożonarodzeniowy i nie mogliśmy się tego doczekać. Rzeczywistość okazała się jednak być bardziej prozaiczna – jarmark był, ale malutki i tak naprawdę nie oferował żadnych wielkich przeżyć. Z dwóch stanowisk jednak skorzystaliśmy – z bakaliami (K. i O. kupili kilka ciekawych przekąsek na spróbowanie) i z czapkami (wzbogaciłam się o porządnego „futrzaka” na zimę). Niestety nie było stanowiska z ukochanymi przez nas trdelnikami (poznanymi w Pradze i odkrytymi na nowo na warszawskim Jarmarku Bożonarodzeniowym pod nazwą kürtőskalács). Myślę, że to był największy zawód, szczególnie dla R.

Udało nam się uniknąć turystycznego tłoku, odwiedziliśmy 3 muzea, uwieczniliśmy na zdjęciach ile tylko zdołaliśmy, natomiast hitem wyjazdu zdecydowanie była sieć naleśnikarni Manekin, której wystrój wyjątkowo przypadł nam do gustu, a i menu zachęcało do ponownych odwiedzin. :)

Przez 3 dni nie sposób zobaczyć wszystkiego i nawet nie próbowaliśmy tego dokonać. Odpoczęliśmy, trochę się „zresetowaliśmy” (ostatnio nie mieliśmy ku temu zbyt wielu okazji), a także bardzo dużo czasu spędziliśmy na świeżym powietrzu co szczególnie wieczorami nie było łatwe, bo wiatr nas nie oszczędzał, ale było warto. :) Przywieźliśmy także trochę pierników, chociaż w dobie globalizacji, gdy sklep Kopernika jest nawet w Warszawie, trudno uważać to za wyjątkowy rarytas…

Reklamy