Tagi

, , , , , ,

No i mamy czwartą odsłonę „Mission: Impossible”. Kto by pomyślał, że niemłody już przecież Tom Cruise wciąż ma zdrowie do takich wygibasów? Nie jestem fanką tej serii. W zasadzie, to pierwszej części „M:I” nawet nie obejrzałam w całości. Na „M:I2” byłam w kinie wiele lat temu (i mi się podobało z tego co pamiętam, na tyle, że nawet zakupiłam DVD do kolekcji), ale już premiera „M:I3” zupełnie mnie nie ruszyła, więc nie wiem zupełnie o co tam chodziło. To, że obejrzeliśmy „M:I4” to zupełny, ale to zupełny przypadek. Przyznam jednak – nie żałuję. Ale po kolei. :)

Oczywiście Ethan Hunt ratuje świat – to nie jest w żadnym razie nic niezwykłego. :) Tym razem jest to ratunek przed zagrożeniem atomowym. Nie działa na szczęście sam – pomaga mu silna drużyna, więc nie widzimy wciąż tylko Cruise’a: mamy seksowną Jane Carter, mózgowca Benji’ego i intrygującego Brandta, czyli prawdziwy dream team. Mamy też oczywiście poprawność polityczną jak się patrzy (Rosja nie jest już wrogiem USA, jak się okazuje!) i samo to wzbudza u widza lekki uśmieszek.

W zasadzie od samego początku akcja gna na złamanie karku. Cały film to jeden wielki fajerwerk, absolutna jazda po bandzie. Przeskakujemy z jednego kraju do drugiego, więc nim się obejrzymy krajobraz zmiania się niczym w kalejdoskopie. Absurdalność pewnych rozwiązań potrafi widza wręcz zatkać, ale nie bardzo jest czas żeby się nad tym zastanawiać. Twórcy dali ostro czadu i wszyscy dobrze się przy tym bawili. Nawet jeśli film wyszedł przekontrastowany i przesadzony, to jest wyraźnie tym dobrym humorem podszyty.

Bawiliśmy się naprawdę dobrze. Wyszliśmy z kina odprężeni, chociaż sam film nie pozostawił po sobie żadnego cienia w naszych wspomnieniach. Ot, w trakcie seansu był, a po wyjściu na dwór uleciał z pamięci jak sen złoty. Bo tak naprawdę nikt z twórców nie próbował udawać że ma to być kino moralnego niepokoju. Ma być fajnie i tak właśnie jest. Jest głośno i zabawnie, są silne emocje (chociaż płytkie) i przede wszystkim mamy dobrze zrealizowane widowisko, które daje pierwszorzędną rozrywkę. Niczego więcej nie należy po tym filmie oczekiwać – wtedy wyjdzie się z seansu zadowolonym. A czy Ethan Hunt jeszcze wróci? Podejrzewam, że tak, chociaż dobrym pomysłem jest rozegranie fabuły z trochę większym naciskiem na bohaterów drugoplanowych (takich jak Brandt chociażby).

Reklamy