Tagi

, , , , , , ,

Do trzech razy sztuka. To, co dało radę jako serial rysunkowy dla dzieci nie musi się sprawdzić jako film dla trochę starszych widzów. Pierwsza część „Transformers” bardzo mi się podobała. I to bardzo-bardzo, że się tak wyrażę. Nie dlatego, że była głęboka, ale była to zabawna, sympatyczna rozpierducha. No i był tam Optimus Prime, bohater mojego dzieciństwa. Jak wiele osób wychowałam się na Transformersach, na serialu i zabawkach, więc czekałam na wersję pełnometrażową bardzo ciekawa efektu. Nie zawiodłam się.

Dwójka nie była już taka świeża, ale wciąż dawała radę. Seans nie bolał, chociaż nie był już taki ożywczy jak w przypadku części pierwszej. Oczywiście efekty specjalne robiły wrażenie, ale w tej chwili jest to raczej oczywistość w tak wielkich widowiskach amerykańskich. Czuć już było zmęczenie materiału, ale twórcy jakoś się obronili przed totalną mielizną.

Było tylko kwestią czasu kiedy wyjdzie część trzecia. Po drodze Megan Fox zdążyła twórcom podziękować za współpracę i chyba dobrze na tym wyszła. Trójka jest już niestety… żenująca. Po pierwsze zupełnie nie wiadomo o co chodzi. Akcja jest dziwaczna, urywana, sceny nie wynikają jedna z drugiej. Poznajemy nową dziewczynę Sama, niemniejszą od granej przez Fox Mikaeli „szprychę” Carly Spencer. Dopiero w połowie filmu fabuła trochę się klaruje, więc widz przestaje czuć sie jak skończony idiota, ale początek to masakra. Mamy ciągle przeskoki, dziury fabularne, misz masz, od którego mózg puchnie. Niby wciąż coś się dzieje, ale tak naprawdę nic z tej akcji nie wynika. Gdy wreszcie dociera do nas „o co kaman”, to czeka nas bardzo dynamiczna, efektowna rozwałka, przetykana sentymentalnym romansem i amerykańskim patosem. Można więc powiedzieć: norma, nic niezwykłego. Ale to, co podobało się za pierwszym razem nie musi już się podobać za trzecim, tym bardziej rozbuchane do tak monstrualnych rozmiarów.

Film nie tylko jest średni. Jest przydługi, nudnawy i wbrew pozorom mało pasjonujący. I tak wiemy kto wygra, i tak wiemy, że bohaterowie się kochają, że Bumblebee i Optimus przetrwają, że Deceptikony jak zawsze dostaną wycisk. Irytuje więc tylko sztuczne komplikowanie akcji. Efekty robią wrażenie, to prawda, ale wszystkiego jest w nadmiarze. Fajnie by było, gdyby całość trzymała się nie tylko efektów wizualnych. Nieoczekiwane zwroty akcji (zdrajcy tu i tam) oraz nadmiar niesamowitej obcej technologii nie porusza już ani trochę. Czyżby przejadła mi się ta historia? Raczej zaczyna mnie nudzić ten sam schemat, wzbogacony tylko o jeszcze więcej wybuchów. W pewnym momencie przestaje do nas w ogóle docierać po co to wszystko, bezmyślnie patrzymy tylko na kolejne sceny.

Rozumiem, że twórcy przede wszystkim chcieli znowu zarobić. Sporo zainwestowali w ten film i to widać. Ale oglądanie napompowanych ust Carly, która całą wojnę walczy na szpilkach i rozwartej japy totalnie nieciekawego charakterologicznie Sama wzbudza co najwyżej irytację. Dlatego uważam, że jeśli scenarzyści nie mają pomysłu na nic ciekawszego, to niech już sobie odpuszczą Transformersy. I nie chodzi o to, że nie lubię prostej, dynamicznej rozrywki. „Transformers 3” to film przyciężkawy, zrealizowany bez polotu. A gdy nie ma polotu, to i widz się męczy. Ja się bardzo zmęczyłam.

Reklamy