Tagi

, , , ,

Niektórych filmów nie trzeba tak naprawdę w ogóle oglądać, żeby znać ich fabułę. Nie oferują nam absolutnie żadnych zaskoczeń – idą utartymi schematami na upartego, aż się widzom robi przykro. „Thor” należy właśnie do tej kategorii produkcji. Zobaczysz zwiastun, kilka zdjęć i już po kilku pierwszych minutach seansu wiesz co się dalej stanie. Nuda. Ale w sumie nie do końca.

To, że całość jest oparta na komiksie i przy okazji przygotowuje nas na przyjęcie filmu „The Avengers” (chociaż wcale nie przeszkodziło to w produkcji „Thora 2”) wiedzą już chyba wszyscy zainteresowani. Z jednej strony fajnie, że bohaterowie komiksowi coraz częściej bywają u nas w kinach, z drugiej szkoda, że ilość nie przechodzi w jakość.

Krnąbrny, zadufany w sobie Thor, syn Odyna, Wszechojca i władcy Asgardu, za swoją niesubordynację zostaje ukarany zesłaniem na Ziemię i pozbawieniem mocy, co ma być dla niego nauczką i okazją do osiągnięcia dojrzałości, żeby godnie zastąpić na tronie ojca. Oczywiście Thor zmienia się, zakochuje się w śmiertelniczce i oczywiście wraca na Asgard w chwale, po drodze rozprawiając się ze swoim zdradzieckim bratem Lokim (w sumie nie uznałabym tego za spojler).

Ten film ratuje przede wszystkim humor – gdyby nie był zabawny to nie dałoby się go zupełnie oglądać. Główny mąciwoda Loki jakoś nie ma w sobie ikry, Anthony’ego Hopkinsa szkoda do roli Odyna, a Chris Hemsworth nieźle przypakował do roli Thora, ale zbyt wiele do grania to niestety nie ma. Efekty specjalne są, oczywiście, ale nie oszalejemy na ich punkcie. Napięcia nie ma, bo wiemy co zaraz się stanie. Wiemy kiedy tatuś Odyn przybędzie z pomocą, wiemy, że za wszystkim stoi Loki (chociaż na początku filmu zwodzi nas swoim zachowaniem), wiemy, że między głównymi bohaterami musi coś zaiskrzyć (chociaż nie iskrzy zupełnie), a oglądanie filmu to tak naprawdę tylko ustalanie którymi koleinami fabularnymi pójdą twórcy. Przemiana Thora na Ziemi nie daje się zaobserwować jako proces, po prostu nagle staje się on zupełnie innym, wyrozumiałym osobnikiem – nie mam pojęcia kiedy to nastąpiło, ani dlaczego, po prostu w jednej chwili staje się godny noszenia Mjollnira. Wątek miłosny też jest grubymi nićmi szyty i generalnie cały film fabularnie prezentuje się marniutko. Tak naprawdę nie jestem nawet pewna na co twórcy chcieli postawić. Na film psychologiczny czy emocjonalny na pewno nie, ale również widowisko jest z tego przeciętne, a i komedia średnia. I tylko zakończenie ewidentnie każe nam czekać na ciąg dalszy, żebyśmy nie pomysleli, że to tylko jednorazowe spotkanie z Thorem.

Razem z K. i O. obejrzeliśmy film do końca, ale o zachwycie nie ma mowy. Ot, taki tam film na wieczór, o którym zaraz szybko się zapomina. Szkoda tylko tylu znanych nazwisk, które reklamują sobą takiego przeciętniaka. I chociaż żywię sporo sympatii do Natalie Portman, to nie jestem w stanie jej w tym filmie polubić. Niestety. :(

Żeby jednak nie było – nie miałam dużych oczekiwań przed seansem. Żadnych nie miałam w zasadzie. I dlatego nie mam nawet siły się nad tym filmem pastwić, bo on nie jest zły, ale po prostu bezmyślny – bezmyślny dla widza. Ale może takie filmy też są potrzebne…?

Reklamy