Tagi

, , , , ,

Nie jestem obeznana z prozą Nicholasa Sparksa, chociaż oglądałam słynny „Pamiętnik”, który nakręcono na podstawie jego powieści. Zresztą jego książki ekranizowano wiele razy, można więc powiedzieć, że jest bardzo lubiany jako twórca „wyciskaczy łez” i Hollywood woli sięgać po jego sprawdzone opowieści, zamiast żyłować się na coś własnego.

Nie chodzę do kina na komedie romantyczne – R. chyba nie dałby się na taki film wyciągnąć, a już na pewno nie w Walentynki. Nie żałuję tego jakoś specjalnie – melodramaty są typem filmu, który równie dobrze można oglądać w telewizji, albo na DVD, nie potrzeba do tego wielkiego ekranu.

Oryginalny tytuł filmu (i powieści również), jest „Dear John”, zdecydowanie lepszy od wymyślonego w Polsce „Wciąż ją kocham”. Nasz tytuł jest do bólu tendencyjny, bo chociaż miłość w filmie jest bardzo ważna, to jednak nie chodzi tylko o nią – a przynajmniej nie tylko o miłość między głównymi bohaterami. A miłość oczywiście jest, i to tradycyjnie wielka. Bohaterem, któremu towarzyszymy, to tytułowy John Tyree, żołnierz, który spędza 2 tygodnie urlopu w domu rodzinnym, razem z dziwnym ojcem. Już w pierwszych minutach filmu poznaje „dziewczynę swojego życia”, delikatną blondynkę Savannah. W ciągu tych dwóch tygodni młodzi spędzają ze sobą każdą wolną chwilę i szybko się w sobie zakochują. Niestety, John ma jeszcze do odsłużenia w wojsku rok zanim będzie mógł definitywnie odejść i rozpocząć życie z Savannah, ona zaś oczekując na ukochanego decyduje się skończyć studia. Oboje przeżywają ten rok w nadziei na wspólną przyszłość, zaś ich relację utrzymują długie, regularnie pisane listy. A potem następuje atak na WTC i John staje przed wyborem: albo rezygnacja ze służby dla Savannah (tak, jak jej obiecał), albo dalsza służba ojczyźnie (przedłużenie kontraktu o kolejne dwa lata). Na dwa dni wraca do Savannah, ale między nimi wisi decyzja, którą musi podjąć.

Ta decyzja zaważy na ich dalszych losach, co nietrudno zgadnąć. I niestety, doprowadzi do punktu, w którym John straci wszystko, co się dla niego liczyło. Wbrew pozorom jest to bardzo mocny punkt tej opowieści, ponieważ to love story kończy się trochę niestandardowo. Zaczyna się też o tyle ciekawie, że wprowadzenie (w toku filmu) okazuje się odnosić do czegoś innego niż byśmy się spodziewali.

Czy aktorzy byli w stanie udźwignąć ciężar dramatu? Amanda Seyfried jest eteryczna i dziewczęca, natomiast Channing Tatum zamknięty w sobie i opanowany, można nawet powiedzieć, że trochę kanciasty. Jego twarz pozostaje nieprzenikniona (trochę jakby grał kawałek drewna), ale jest w tym metoda, bo potrafił mnie do siebie przekonać. Jako para mają urok, mogą się podobać i widz naprawdę może im kibicować. Tym bardziej, że film nie opowiada tylko o miłości romantycznej, ale pokazuje też relacje Johna z ojcem oraz to, jak John ucieka do wojska (nie umie robić nic innego i nie wygląda wcale żeby chciał). Na osobną uwagę zasługuje natomiast utwór śpiewany przez Amandę Seyfried „Little House”, który w filmie Savannah śpiewa w czasie, który powienien być dla bohaterów najszczęśliwszy. Jego smutny wydźwięk daje pewne przeczucie, że przed bohaterami jest jeszcze spory fragment drogi pod górkę i oboje nie uciekną od bólu.

Zakończenie nie jest jednoznaczne, pozostawia pewną nadzieję, że miłość ta nie jest stracona. Nic jednak nie zostało powiedziane bezpośrednio. Rozumiem, że film ten nie został dobrze przyjęty, ale myślę też, że oceny były nadmiernie surowe. To tylko film o miłości, taki jakich wiele, chociaż brak klasycznego happy endu może widza trochę frustrować. I jeśli mam porównywać, to chyba jednak poruszył mnie bardziej niż „Jeden dzień” (również bardzo smutny przecież).

Reklamy