Tagi

, , , , ,

Niezależnie od krążących w internecie opinii, jest to film, który warto zobaczyć na własne oczy i dopiero wtedy ocenić. Nie chciałam czytać innych recenzji przed seansem, bo nie chciałam się w żaden sposób nastawiać na coś konkretnego. Bardzo lubię cykl o Obcym, ale nie na tyle, żeby szaleć na jego punkcie. Może dlatego też chciałam traktować „Prometeusza” trochę jako film niezależny, który nie w pełni zazębia się z dotychczas nam znaną kwadrylogią (co wcale nie jest podejściem złym, gdy spojrzy się na fabułę filmu).

Po seansie powiem tak: mam z tym filmem problem. I to całkiem spory. Przede wszystkim nie jestem w stanie nic wielkiego o nim napisać. Nie jestem niestety skora do wielkich zachwytów, nie widzę też jednak powodu, żeby film zjechać, ubolewając nad straconą szansą. Nie, zupełnie nie. Mimo wszystko wychodziłam z seansu z mieszanymi uczuciami. Dopiero drugi seans pozwolił mi czerpać z filmu większą przyjemność niż na początku (tak, tak, byłam na tym filmie dwa razy w kinie). Myślę, że dwukrotne obejrzenie „Prometeusza” może trochę zmienić jego odbiór (przynajmniej u mnie tak było). Za drugim razem bardziej zwracałam uwagę na to, co widać na ekranie, bo znałam już fabułę i mogłam skupić się na szczegółach. Większą uwagę zwróciłam też na świetną muzykę, która nadaje opowieści rytm i jest naprawdę godna zapamiętania, bo potrafi wcisnąć w fotel.

„Prometeusz” ma być prequelem dla serii o Obcym, ale Obcego jest w nim jak na lekarstwo (polecam tę recenzję w tej kwestii). Zamiast tego mamy opowieść o poszukiwaniu Inżynierów, czyli istot, które powołały nas do życia jako gatunek. Zaczyna się od analizy archeologicznych pozostałości po wielkich cywilizacjach ziemskich, a kończy na wyprawie naukowej, sponsorowanej przez wielką korporację Weyland. Nasi bohaterowie (w zasadzie główną bohaterką, której towarzyszymy jest Elizabeth Shaw grana przez Noomi Rapace, w niektórych ujęciach szalenie mi przypominającą Joannę Brodzik :)) docierają na miejsce i zaczynają badania – trafiają bowiem na naprawdę niezwykłe odkrycia. Skala tych odkryć powoduje, że ludzie zaczynają zachowywać się trochę zbyt euforycznie. To, że musi zdarzyć się jakieś nieszczęście jest oczywiste od samego początku.

3D nie jest konieczne w tym filmie, żeby czerpać z niego przyjemność. Byliśmy za pierwszym razem w IMAXie i naprawdę nie jest to „Avatar” – 2D byłoby tak samo satysfakcjonujące. Tym bardziej, że okulary są niestety mało wygodne, więc po seansie od razu czuć odciski na nosie. Inna rzecz, że wizualnie film wbija w fotel i tego nie można mu odmówić. Z jednej strony nie jest przesadzony, z drugiej widać niesamowitą staranność realizacyjną. Nie doświadczymy tu feerii barw – mamy pustynię, szarość, zimne światło, mało przytulne wnętrza statku i to właśnie dodatkowo podkreśla obcość człowieka i jego niedopasowanie do otoczenia. To, do czego można się przyczepić, to bardziej rozwiązania fabularne, które nie zawsze są dla widza zrozumiałe i logiczne.

Klimat całej historii przypomina książki Ericha von Dänikena lub Zecharii Sitchina. Mamy bowiem dążenie człowieka do poznania przyczyn i okoliczności powstania naszego gatunku. Można więc powiedzieć, że Scott sięgnął po absolutnie klasyczne tematy science-fiction, które dla niektórych mogą być już passé. Ponieważ jednak człowiek jest skonstruowany w taki, a nie inny sposób, to potrzeba poznania przyczyn i chęć szukania wyjaśnienia będzie w nim tkwiła zawsze – ten temat nigdy nie stanie się nieaktualny, tak samo jak miłość. Nota bene wątek romansowy między bohaterami w „Prometeuszu” niespecjalnie porusza widza. ;)

Film na pewno warto zobaczyć dla Davida, który w wykonaniu Michaela Fassbendera kradnie całe show. Jest to ciekawe porównanie do Asha, Bishopa czy Call, których poznaliśmy w poprzednich częściach cyklu o Obcym. Noomi Rapace jako Shaw nie ma lekko, bo jednak zmierzenie się (nawet pośrednio) z legendą Ripley musi być bardzo trudne. Sama Shaw nie wzbudza też takich pozytywnych emocji jak wspomniana Ripley, miałam problem żeby się z nią utożsamić. Myslę, że tak naprawdę widz z nikim nie poczuje się bardziej związany i dlatego większość zakończonych żywotów wśród załogi niespecjalnie go ruszy.

Mimo wszystko jednak jest to jeden z tych filmów, do których z przyjemnością jeszcze wrócę. Może ze względu na urok Obcego, może na wciąż nierozwiązaną tajemnicę jego pochodzenia, a może po prostu dlatego, że Scott potrafi zaintrygować? Nie wiem, trudno mi to ocenić. Wiem natomiast, że jeśli mimo mieszanych uczuć mam ochotę zmierzyć się z tym filmem ponownie, to znaczy, że Scott osiągnął sukces.

Reklamy