Tagi

, , , , , , , , ,

Po pierwszym tomie sagi „Zmierzch” sięgnęłam dość szybko po kolejny, który liczy sobie trochę więcej stron. W głowie wciąż miałam film, byłam też na świeżo po lekturze pierwszej książki, więc wiedziałam czego się spodziewać. I faktycznie, zaskoczeń nie ma, ale za to odczuwa się dość wyraźnie różnice, jakie wprowadza film, siłą rzeczy okrojony z pewnych szczegółów.

Przypomnę pokrótce: Edward postanawia opuścić Bellę dla jej bezpieczeństwa (bo w końcu jest potworem). Niestety to, co ich łączy okazuje się tak głębokie, że Bella się zupełnie załamuje i nie potrafi normalnie żyć. W powrocie do równowagi pomaga jej dopiero Jacob, nasz uroczy wilkołaczek (który jeszcze nie wie, że jest wilkołakiem). On ją oczywiście kocha, ona mimo wszystko nie potrafi wyrzec się Edwarda. Ot, klasyczny dramat gotowy.

Co oczywiste książka oferuje więcej szczegółów niż w filmie – w końcu trzeba te wszystkie strony czymś zapełnić, na pewno długaśne dialogi nadają się do tego najlepiej. Przez całą ksiązkę (i całą książkową sagę) przewija się motyw wyjątkowych snów Belli (bardzo przy tym tendecyjny) – to, jak wiele dzięki nim przeczuwa i odkrywa, jak miksują rzeczywistość wokół niej i wszystkie przyswojone fakty. Na arenę wchodzą też Volturi, czyli swoista rodzina królewska wśród wampirów z tego świata. Bella zostaje uznana za wyjątkową i w końcu ma zostać wampirem (tego zresztą Volturi, kolekcjonujący unikalne talenty, oczekują). Ale niewiele to zmienia w ogólnym odbiorze książki, i nie rzuca więcej światła na to, co widzieliśmy w filmie.

Pewne rzeczy nie ulegają zmianie: Bella wciąż nie bardzo daje się lubić – nie jestem w stanie się z nią utożsamić. Cudownie piękny Edward (szczególnie po spiętrzonych opisach występujących w książce) też nie bardzo przypada mi do gustu. Z tej zbieraniny najlepszy jest wciąż Jacob – sprawia najsympatyczniejsze wrażenie podczas lektury, tym bardziej, że lepiej go poznajemy niż w filmie. Oczywiście, że czytając miałam przed oczami opatrzonych już aktorów, ale wbrew pozorom nie uznałam tego za wadę. Zresztą w książce Jacob jest bardziej niepokorny i zbuntowany, w filmie został wyraźnie złagodzony i ucywilizowany, a i wątek przyjaźni z nim został skrócony w stosunku do literackiego pierwowzoru. Dochodzą też elementy, które wymyślono specjalnie na potrzeby filmu: tatuaże watahy, łapacz snów od Jacoba i maile do Alice. W książce jest też bardziej rozbudowany wątek motorów, na których szaleje Bella, a jej zwidy okazują się definitywnie zwidami, nie zaś tajemniczymi akcjami Edwarda (co mógłby sugerować film). „Rozdarta” Bella zaczyna też używać określenia „mężczyźni mojego życia” w stosunku do Edwarda, Jacoba i ojca, czyli Charliego, co ma uzmysłowić czytelnikowi jej trudne emocjonalne położenie.

Bella swoimi dramatycznymi i przesadzonymi przeżyciami nie wzbudza w żadnym razie współczucia (a przynajmniej nie we mnie). Niezrozumiałym jest dla mnie jej wielka tęsknota za Edwardem i wzgarda, jaką darzy innych mężczyzn. To, jaką jest manipulatorką wobec Jacoba jest wręcz obrzydliwe, a jak reaguje na wzmiankę o Cullenach – żałosne. Nie, nie jestem w stanie lubić tej bohaterki, ani tym bardziej się z nią utożsamić. Nie ma w niej ani trochę dojrzałości, jest tylko dziecinny egoizm. Było to widoczne już w filmie, ale książka tylko to pogłębia, bo dokładniej śledzimy przemyślenia Belli, która praktycznie wciąż się czytelnikom tłumaczy (również z tego, że jest wobec Jacoba taka, jaka jest).

To nie jest wielka literatura, więc nie ma co oczekiwać cudów. Myślę jednak, że stworzenie tak antypatycznego protagonisty jak Bella jest już sztuką samą w sobie, tym bardziej że jak na ironię autorka chciałaby, żebyśmy ją lubili. Niestety, w moim przypadku jest to nierealne.

Reklamy