Tagi

, , , , , , ,

Film nie miał u mnie szczęścia (co zakrawa na ironię). Leżał na półce kilka dobrych lat nim go wreszcie dokładnie obejrzałam, w skupieniu, śledząc fabułę, a nie tylko zachłystując się stroną wizualną (w czym główny udział ma Cloud). Dla kogoś, kto zagrywał się w serię Final Fantasy film ten to uczta dla oczu. Niestety, żeby w pełni się w niego wgryźć trzeba chociaż trochę znać fabułę legendarnej już gry „Final Fantasy VII”. Zostajemy wprawdzie wprowadzeni w historię i skrótowo dowiadujemy się co dotąd się zdarzyło, nikt nam jednak nie wyjaśni relacji pomiędzy bohaterami, które wykształciły się w toku gry.

Akcja filmu dzieje się 2 lata po wydarzeniach jakie znamy z gry. Na arenę wkraczają trzej nowi przeciwnicy: Kadaj, Loz i Yazoo, którzy atakują głównego bohatera, Clouda. Okazuje się, że mają w planach tajemnicze Zjednoczenie i w tym celu poszukują Matki, czyli Jenovy. Cloud z przyjaciółmi musi ponownie stanąć do walki, a tym samym porzucić swoje dotychczasowe spokojne życie. Trapiąca ludzi epidemia choroby zwanej geostigmą (po polsku: geo-piętnem) również jest związana z działaniami trzech srebrnowłosych przybyszów.

Film jest dość specyficzny, utrzymuje przede wszystkim klimat klasycznego anime, razem z kadrowaniem, zwolnionymi scenami, zbliżeniami i efektownymi walkami, które są zupełnie niezgodne z fizyką i logiką. Ma to jednak swój urok, film przesiąknięty jest bowiem klimatem gry, co jest jego wielką zaletą. Chociaż mamy zarysowaną akcję, to nie uświadczymy tu głębi znanej z FF7. Niestety, film nie umożliwia nam pełnego zrozumienia bohaterów, bazuje już na tym, co wiemy jako gracze i dlatego tylko oni mogą z seansu filmu czerpać największą przyjemność. Dla reszty film pozostanie ładną wydmuszką, bo nie dotrze do nich ani dramat Clouda, którego zżera poczucie winy, ani też cierpliwość Tify, która mimo wszystko zawsze stoi u jego boku. Tym bardziej nie-fan nie zrozumie kim jest Aerith, ani towarzyszący jej Zack i dlaczego Cloud reaguje na nich tak, a nie inaczej. Nie wspomnę już nawet o momencie, w którym pojawia się Sephiroth (ze swoim muzycznym tematem przewodnim w tle, niezapomnianym „One-Winged Angel”) czyli nieustępliwe nemezis Clouda. Historia opowiedziana w FF7 jest bardzo staranną konstrukcją, zbudowaną w dużej mierze na emocjach. W filmie można je poczuć tylko wtedy, gdy zrozumie się znaczenie poszczególnych scen.

Można mieć do twórców pretensje, że postanowili sprzedać fanom jeszcze raz to samo (bo walka w filmie nie dodaje zbyt wiele nowego do świata), ale nie ukrywam, że przyjemnie popatrzeć na „prawdziwe” oblicza bohaterów, których zna się z raczej ubogich (jak na obecne czasy) renderingów z FF7. Daje to ciekawą perspektywę, gdy twarz Clouda zaczyna coś wyrażać (a raczej jego oczy, które mówią zamiast jego twarzy) a sami bohaterowie przemawiają własnymi głosami (teraz to standard, ale we wcześniejszych grach z serii FF nie było przecież w ogóle czegoś takiego jak podkładanie głosów). Angielski dubbing jest całkiem nieźle dobrany (Cloud i Sephiroth rządzą w tym względzie), chociaż preferuję oryginalny japoński.

Wizualnie film jest bardzo ładny, momentami trochę plastikowy, ale mimo pewnego urealnienia bohaterów musimy pamiętać, że to tak naprawdę wciąż jest anime. Nie możemy więc spodziewać się zbyt dużej realności, musi pozostać pewna bajkowość i umowność. Sama jakość CGI jest tym, co znamy z sekwencji FMV z ostatnich części FF („Crisis Core. Final Fantasy VII”, „Dirge of Cerberus. Final Fantasy VII”, ale także „Final Fantasy X” i późniejsze). Kolory są wyblakłe i chłodne, tworząc smutny klimat zniszczonego świata, a bohaterowie obdarzeni zostali niezbyt ekspresyjną mimiką, co można uznać za wadę (mnie akurat nie przeszkadza).

„Final Fantasy VII: Advent Children” zostało ponownie wydane w 2009 roku w rozszerzonej wersji z podtytułem „Complete”. Nowa wersja (uznawana nie za update, ale za wersję ostateczną, która ma zastąpić pierwszą wersję, uboższą o całe 26 minut) zmienia trochę wymowę filmu, dopowiada wiele elementów (niektóre z nich stają się szczególnie istotne w świetle gry „Crisis Core. Final Fantasy VII”). Oprócz nowych scen, które wyjaśniają wiele kwestii fabularnych mamy też przemontowanie głównej walki z Sephirothem (czyli wcale nie taki drobiazg, jak można sądzić, bo zmienia się jej wymowa). Zwiększono też udział Zacka (którego historia w „Crisis Core” poruszyła wiele osób, w tym oczywiście mnie), wciąż jednak film koncentruje się na Cloudzie i na jego wewnętrznym konflikcie. Przy tym film jest też trochę podrasowany wizualnie, na twarzach widać brud i przez to są one mniej plastikowe.

Oglądać, czy nie oglądać? Wbrew pozorom film jest dość dynamiczny, mamy w nim sporo scen walki, które zawierają różne smaczki (dzwonek komórki Loza, czy symboliczne wsparcie, jakie Cloud otrzymuje od wszystkich swoich przyjaciół po kolei gdy walczy z przywołanym Bahamutem SIN). Jest to jednak zarazem film eklektyczny i trzeba się z tym liczyć. Taka jest już specyfika filmów opartych na grach, ograniczająca audytorium, które będzie mieć z nich przyjemność (podobny problem pojawia się przy omawianym już przeze mnie „Tekken: Blood Vengeance”). Sama jestem fanką serii FF, chociaż w FF7 grałam dość dawno temu, i muszę przyznać, że film mi się podoba, trafia w mój „smak”. Niekoniecznie jednak jako całość, ale bardziej jako zlepek pewnych ważnych i emocjonujących dla fana momentów – przynajmniej gdy mowa o wersji podstawowej. Wersja „Complete” jest lepsza i  jeśli w ogóle sięgać po ten film to tylko w wersji rozszerzonej, bo w nim opowieść jest rzeczywiście kompletna i zrozumiała i przez to całość ogląda się o niebo lepiej (nawet jeśli film trwa ponad 2h). Największą siłę wyrazu ma zdecydowanie ostatnia scena w kościele, która jest szalenie prosta, ale właśnie dlatego genialna i świetnie rozegrana muzyką i oszczędnością słów. Ale nie tylko ona jest godna zapamiętania, twórcy dali nam sporo drobnych powodów do radości. Moment pojawienia się Sephirotha potrafi wywołać gęsią skórkę, tak samo jak śpiew jego ostrza Masamune tnącego powietrze. Do filmu będę na pewno wracać, chociaż szybciej do wersji „Complete” niż do podstawowej. Te 26 minut dodatkowych scen robią dużą różnicę.

Reklamy