Tagi

, , , , , , , , ,

„Prawem wilka” Szczepana Twardocha to lektura na marcowy Stolyk Lyteracki, który wprawdzie był już dawno temu, ale lektura mi się przedłużyła i wpis się trochę przesunął. W sumie to nawet nie „trochę” – to już jest porządna obsuwa. ;) Ale to nic.

Jeśli chodzi o prozę Szczepana Twardocha, to niestety nie jestem jej wielką fanką. Powiedziałabym nawet, że jego pisanie do mnie zupełnie nie trafia. Mogę poczytać jego teksty od czasu do czasu, ale mój odbiór jest zupełnie bez zachwytów, nie wspominając nawet o satysfakcji. W tym zbiorze otrzymujemy cztery dość charakterytyczne dla Twardocha opowiadania, które były już w większości wcześniej publikowane (dokładnie trzy na cztery teksty są fanom już znane). Z jednej strony jest to wygodne dla czytelników, którzy nie czytują pism literackich, bo dostają całą książkę z tekstami i mają wszystko w jednym miejscu, z drugiej wzbudza to niepewność wśród tych, którzy czytają wszystko i w każdych ilościach, bo mogą się wahać, czy warto wydać równowartość książki na tak naprawdę jedno opowiadanie, które będzie dla nich nowością. Cóż, każdy musi zadecydować sam. Ja prozy Twardocha nie czytuję i nie śledzę publikacji, a z tekstów znałam wcześniej tylko jeden.

Pierwszym opowiadaniem, który przy okazji jest dość nieprzyjemnym wejściem w klimat prozy Twardocha, to znana mi już z SFFiH „Bodhisattwa”. Pamiętam, że nie podobało mi się to opowiadanie przed kilku laty gdy je czytałam, i za drugim podejściem wcale nie podobało mi się bardziej. Może jestem w stanie bardziej się zamyślić nad konceptem autora, ale wcale nie chcę w kreowanym przez niego świecie pozostać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że autor z premedytacją pisze tak, żeby odrzucać, nie powoduje to jednak wcale, że patrzę na jego opowiadania bardziej przychylnym okiem. Głównym bohaterem pierwszego tekstu jest tytułowy bodhisattwa, wachmistrz Pyra-Rzeszotarski, partyzant koczujący w lasach i mordujący zdrajców narodu polskiego i komunistów. Pomocne mu w tym okaże się wsparcie ze strony mrocznych sił.

„Żywot i śmierć św. Felicjana” ponownie stawia na szok. Twardoch pod względem tematyki jest dość tendencyjny, lubi więc przetrawić na wszystkie możliwe sposoby niekoniecznie przyjemne tematy z naszej narodowej przeszłości. Tym razem śledzimy historię w dwóch nurtach – przebłyski dotyczą tytułowego Felicjana z zamierzchłej przeszłości, a cała historia skupia się na mało sympatycznym głównym bohaterze, cynicznym esbeku, karierowiczu nazwiskiem Bartul, który sprawami religijnymi zupełnie sobie głowy nie zaprząta, dopóki w jego życiu nie pojawi się pewna relikwia… Przemiana, która się w bohaterze dokonuje, nie jest dla czytelnika wielkim zaskoczeniem, a sama lektura, chociaż pisana dość „mięsistym” językiem, nie jest przyjemna. Ale to nie jest zaskoczenie gdy mówimy o twórczości Twardocha.

„Maniera tenebrosa” skojarzyła mi się z „Mistrzem i Małgorzatą” Bułhakowa. Znajdziemy w niej też nawiązania do Kafki, ale nie spowodowało to wcale, że opowiadanie przypadło mi do gustu. Problemy finansowe bohatera i jego kredyt w banku są jednak jak najbardziej namacalne i realne, i Twardoch na pewno z rozmysłem uderza w te punkty. Bohater jest raczej przeciętny, walczy o przetrwanie jak każdy, żeby jednak całość nabrała rozpędu dostaje propozycję nie do odrzucenia – ma przeczytać pewien tajemniczy maszynopis. Od tego miejsca wszystko zaczyna się komplikować. Rzecz dzieje sie w nieokreślonym do końca czasie i miejscu, co jest ciekawą odmianą po dwóch poprzednich opowiadaniach. To najdłuższy tekst w tym zbiorze, ale w moim odczuciu chyba najlepszy, chociaż nie bardzo znajduję do niego klucz.

„Rondo na maszynę do pisania, papier i ołówek” wydało mi się dziwnie podobne do „Maniery tenebrosy”. Również dlatego, że w obu przypadkach mamy do czynienia z bohaterem-pisarzem, obaj nazywają się tajemniczo „R.” i w obu tekstach świat jest nie do końca określony. Jest to przy tym opowiadanie jeszcze bardziej zakręcone, zbudowane z retrospekcji, romansu na statku, a zakończone w sposób dość dziwny, zaskakujący. Tekst ten również nie spodobał mi się jakoś specjalnie, tym bardziej, że wciąż nie bardzo wiem jak go ugryźć.

Jak już wspomniałam Twardoch jest w doborze tematyki do swoich tekstów i w sposobie ich rozgrywania dość tendencyjny, więc nie każdemu przypadnie do gustu jego proza. Teraz, po wielu miesiącach od lektury, jestem mniej niechętnie nastawiona do tego zbioru opowiadań. Przy pierwszej lekturze założyłam, że więcej do tych tekstów nie wrócę, teraz jednak przeglądałam je bez pierwotnej niechęci. Żadne z opowiadań nie podobało mi sie na tyle, żeby do niego wrócić. Nie są to jednak teksty słabe, ale zwyczajnie nie w moim typie.

Dla chętnych zalinkuję jeszcze opinię Shadowmage’a o tym zbiorze na Katedrze.

Reklamy