Tagi

, , , , , , ,

Na kwietniowy Stolyk Lyteracki (zeszłoroczny, co pokazuje jak długo zbierałam się do napisania tego wpisu) mieliśmy przeczytać klasyczny już tytuł, czyli „Mechaniczną pomarańczę” Anthony’ego Burgessa. Książka stała u mnie na półce już od dawna, niepozorna, upolowana kiedyś na taniej książce, i gdyby nie Stolyk właśnie, to chyba bym się nie zebrała, żeby ją przeczytać.

Każdy (albo prawie każdy) pewnie pamięta równie klasyczny już film Stanleya Kubricka nakręcony na podstawie tej książki w 1971 roku. Oglądałam go dość dawno temu, pamiętałam więc tylko ogólny zarys fabuły. Sam film nie był jednak łatwy w odbiorze, bo i pierwowzór literacki nie jest lekturą lekką. Ale o tym miałam się przekonać dopiero w trakcie lektury.

Książka jest naprawdę niewielka, kieszonkowa, można więc swobodnie nosić ją ze sobą i podczytywać (o ile ktoś potrafi się tak szybko koncentrować). Sama okładka już jednak pokazuje nam czego możemy spodziewać się w środku. Historia podzielona została na trzy części, które pokazują losy Alexa, nastoletniego chuligana, który razem z kolegami napada na ludzi i kradnie. Najbardziej oryginalne w tym pomyśle jest to, że opowieść snuje przed nami sam Alex, który wszystkie dokonywane okrucieństwa w odpowiedni sposób przefiltrowuje przez swój niedojrzały umysł specjalnie dla czytelnika.

Pierwsze strony to też dość dotkliwy szok językowy, który tylko częściowo łagodzi słowniczek umieszczony na końcu książki, przygotowany przez tłumacza, znakomitego Roberta Stillera. Zanim przywykniemy do dziwacznej gwary bohaterów, minie trochę czasu. Irytująca maniera naszego narratora może początkowo odrzucać i na pewno nie wszyscy się przełamią, żeby ksiązkę skończyć, nie można jednak odmówić jej pewnej ambitnej przewrotności. Przyznam, że nie będę się dziwić nikomu, kto książki tej nie „zmógł” – chociaż jestem pełna podziwu mistrzostwa, jakiego dokonał Stiller dokonując tłumaczenia, to do tej książki nie będę często wracać.

Musi być we mnie pewna niewzruszoność i głuchość, bo książka te nie wzbudza we mnie zachwytów i nie myślę o niej w kontekście wielkiej literatury. Doceniam formę, ale już odnośnie treści, to nie niesie ona odkrywczych głębi. Oczywiście niezwykle dobrze czyta się zamieszczone w książce eseje Stillera „Kilka sprężyn z nakręcanej pomarańczy” i „Burgess a sprawa polska”, niekoniecznie jednak trzeba podzielać jego zachwyt nad samą powieścią.

Czytać, nie czytać? Mam mieszane uczucia. Na pewno jest to ciekawe doświadczenie literackie, ale jeśli się nie zna książki, a np. widziało się tylko film, to również można przeżyć i nie traci się wyższych doświadczeń mentalnych. I dlatego miałam problem z napisaniem kilku słów od siebie o tej książce – nie wzbudziła we mnie potrzeby przemyśleń, nie sprowokowała do dyskusji. Przeczytałam ją od deski do deski, ale nie czuję, żeby coś zmieniła w moim postrzeganiu, czy żeby chociaż kazała mi się na chwilę zastanowić nad kwestią przemocy. Raczej mnie od siebie odrzuciła (co było przecież założeniem autora, gdy konstruował brutalne sceny) i chyba do ostatniej strony nie wyszłam z tego poczucia obrzydzenia (któremu towarzyszyła… pustka, bo doszłam do wniosku, że nie mam po lekturze nic do powiedzenia). I nie chodzi o przemoc jako taką – taka na przykład „Gangrena” pozostawiła we mnie głębszy ślad. Ale cóż – z niektórymi książkami nie jest nam po drodze…

Reklamy