Tagi

, , , , , , ,

Przed_switem2Docieramy do końca opowieści o wampirzym romansie, który „zawojował świat”. Bella jest już jedną z Cullenów (kto czytał, ten wie, kto nie czytał, ale oglądał wcześniejsze filmy – też wie, a kto nie wie, tego ten film i tak nie zainteresuje). Uczy się żyć jak wampir, musi też utrzeć nosa Emmettowi (w końcu jako nowonarodzona jest od niego sporo silniejsza). Nie może być jednak idealnie, więc na rodzinę krwiopijców pada cień podejrzenia ze strony okrutnego rodu Volturi. Musi dojść do starcia, które z założenia nie ma być walką, ale może się w nią przerodzić. Film skupia się tylko na drugiej części książki, w której ponownie narrację przejęła Bella.

Obie części „Przed świtem” nakręcił Bill Condon, dzięki czemu są bardzo spójne, podczas gdy pod poprzednimi trzema za każdym razem podpisywał się ktoś inny. Nie pozostało to bez wpływu na klimat serii jako całości – na przykład „Zmierzch” bardzo wyraźnie odstaje od reszty i najtrudniej jest przy nim wysiedzieć. Zauważam jednak u siebie wzrastającą odporność na te filmy. O ile przy poprzednich częściach miałam jeszcze siłę grzmieć, to przy finale już mi się nie chce. Oczywiście wciąż jest się do czego przyczepić –  Renesmee jest zrobiona bardzo dziwacznie, bo jej sztuczność (póki jest małym dzieckiem noszonym na rękach) rzuca się w oczy i rozprasza widza. Ten dziwny uśmiech, ta nienaturalna mimika… wygląda to trochę przerażająco i w dodatku jeszcze kiczowato, co daje mieszankę wybuchową. Wszystko to idzie w parze z raczej przeciętnymi efektami specjalnymi, które straszą nas przez wszystkie filmy z cyklu, więc tutaj zmian nie uświadczymy. Ale wszystkie te wady są charakterystyczne dla całej sagi, dłużyzny i smęty wylewają się z każdej minuty każdego filmu i z każdej strony każdej książki, więc naprawdę można się na nie uodpornić (czego jestem najlepszym przykładem).

To, co jednak odczuwamy najbardziej to zdecydowany nadmiar bohaterów. Już w książce był z tym problem, bo nie było miejsca, żeby przedstawić dobrze całą gromadę wampirów, które nagle pojawiaję się w domu Cullenów. Film siłą rzeczy oferuje tego miejsca jeszcze mniej, więc jeśli ktoś nie czytał książki, to zupełnie nie będzie wiedział kto jest kim, bo imiona niektórych gości nawet nie padają w toku akcji podczas gdy Meyer starała się ich w powieści nakreślić. Zresztą powiedzenie, że jest tu jakakolwiek akcja też jest mocnym nadużyciem. Trailer reklamuje sceny walki, których tak naprawdę nie ma (w książce też ich nie było, tym większe zaskoczenie wzbudzał zwiastun filmu). Ale pod koniec wszystko się wyjaśnia – bitwa nie jest wcale prawdziwa, została dodana chyba tylko po to, żeby trochę zwiększyć dramatyzm i rozruszać to skostniałe romansidło, bo skończyłoby się na ględzeniu (tak było w książce).

Wszystko zostało starannie przycięte, żeby wpasowało się w ramy filmu, ale nie ma w tym ani napięcia, ani emocji (nie, nie byłam na tyle naiwna by oczekiwać czegoś innego). Film jest dokładnie tak zimny, jak jego strona wizualna, przepełniona albo śniegiem, albo deszczem. Bohaterowie są upudrowani, żeby dobrze udawali trupy, Bella stroi swoje miny, do których przyzwyczajała nas przez cały cykl… Klasyka w najlepszym, „twilightowym” wydaniu. Jest czasami romantycznie (aż do bólu), a czasami kiczowato, ale pod tym względem film jest wierny literackiemu oryginałowi, który również nie grzeszył wysublimowaniem.

Cieszę się, że to koniec. Nie da się już niestety uniknąć tego wyraźnego podziału na kino i literaturę wampiryczną przed „Zmierzchem” i po „Zmierzchu”, i o tyle warto było tę „sagę” poznać. To, czego mi najbardziej brakuje, to jednak właśnie samych wampirów, bo o ile w pozostałych częściach Edward wyraźnie staczał ze sobą walkę i było widać jakikolwiek wysiłek ze strony jego czy innych Cullenów, by zapanować nad pragnieniem, tak teraz element wampiryzmu zupełnie zszedł na dalszy plan. Bella urodziła się, żeby zostać wampirem (ale to brzmi!), co za tym idzie w ogóle nie widać, żeby miała problem z głodem – film tego wątku nie eksploatuje, a i książka była raczej powściągliwa. A naprawdę szkoda, bo powoduje to, że wampir zostaje doszczętnie wykastrowany ze swojego wampiryzmu i wcale mi się to nie podoba.

Reklamy