Tagi

, , , , ,

Dom_ciszyZ Orhanem Pamukiem mam pewien drobny problem. Byłam do niego dobrze nastawiona po przeczytaniu „Nazywam się Czerwień” kilka lat temu , tym chętniej więc sięgnęłam po „Dom ciszy”. Po pierwszych rozdziałach, które mnie zafascynowały, zaczęły się schody. Książka w połowie lektury poszła w kąt na dłuższy czas. A powód okazał się bardzo prozaiczny: nuda.

Książka jest intrygująco zbudowana, dając głos bohaterom, którzy w większości są młodzi, więc mogą zainteresować czytelnika. Każdy rozdział to narracja pierwszoosobowa, zmieniają się tylko narratorzy. Mamy więc głos starej, żyjącej samotnie Fatmy, która gości u siebie w wakacje troje wnuków, głos jej wieloletniego służącego, karła Recepa, a także głos dwojga z tych wnuków: starszego Faruka i młodszego Metina. Całości dopełnia głos Hasana, kolegi z lat dziecinnych Metina, a przy okazji bratanka Recepa. Taka forma pozwala Pamukowi na przedstawienie prawdziwej mozaiki osobowości. W tle natomiast widzimy polityczne zawirowania w Turcji.

Książka jest bardzo przemyślana, a każdy z bohaterów unikalny i kierowany odmiennymi motywacjami. W ogólnym rozrachunku jednak to zróżnicowanie punktów widzenia podkreśla tylko niesamowity egoizm bohaterów – tak niezwykle prawdziwy, że aż odstręczający. Chyba największą sympatię w czytelniku wzbudza Recep. Ani stara, nieprzyjemna w obyciu, zaskorupiała we własnych wspomnieniach Fatma, ani zaglądający do kieliszka, kierowany dziwnymi pasjami Faruk, ani tym bardziej zjadany przez ambicję Metin nie dają się lubić. Owszem, możemy ich zrozumieć, albo przynajmniej starać się uznać ich punkt widzenia za prawdziwy i w jakiś sposób nam bliski, ale nie są to bohaterowie, którzy cokolwiek ciekawego robią. To chyba najbardziej wpływa na tempo akcji i odbiór całej powieści: bohaterowie nie są aktywni. Przez wszystkie strony przelewa się morze ich bardziej i mniej zjadliwych przemyśleń, wspomnień, planów, pomysłów. Dając upust ciśnieniom młodej krwi szarpią się z rzeczywistością Metin i Hasan, trawieni przy tym młodzieńczą miłością, ale nic z tego nie wynika. A może i wynika, tylko dziwnym trafem samo złe i jakieś takie niewyraźne. Ta bierność powoduje, że czytelnik tylko czeka, aż coś się wreszcie wydarzy. I wydarza się, rzecz jasna, tylko dziwnym trafem tragizm zdarzenia zostaje przedstawiony z takim chłodem i obojętnością, jakby zasklepionych w swoim egoiźmie bohaterów nawet to nie obeszło, nie przebudziło.

Nie mogę powiedzieć, że jest to książka zła, bo jednak niesie ze sobą pewne emocje, z których najsilniejszy jest smutek. Pamuk pisze jednak w sposób na tyle specyficzny, stonowany, chłodny i niespieszny, że nie wiem czy mam próbować zestroić się z jego prozą w kolejnej jego książce, czy też sobie zupełnie odpuścić. Póki co na pewno muszę odpocząć, bo i od „Domu ciszy” odpoczywałam w trakcie lektury – równocześnie przeczytałam dwie inne książki, które dla odmiany zupełnie mnie pochłonęły.

To, co w książce Pamuka jest najciekawsze, to Turcja. Żeby jednak wgryźć się w nią w pełni, trzeba zaakceptować to, jak toczy się cała opowieść, dostosować się do jej rytmu. Dla mnie było to momentami bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe i wtedy książkę odkładałam. Chociaż jednak traciłam zainteresowanie powolną akcją i bywałam znudzona, to jednak było to zmęczenie innego rodzaju niż w przypadku prozy Murakamiego. Na półce mam jeszcze dwie inne książki Orhana Pamuka – może któraś z nich we mnie „zaskoczy”?

Reklamy