Tagi

, , , ,

NiepamiecFilmowa fantastyka zwykle nie bywa tak dobra, jak książkowa. Wynika to z tego, że twórcy często zbyt wielką wagę przykładają o strony wizualnej i fabuła na tym cierpi. Widzimy to szczególnie w wielkich hitach, które produkuje się po to, by zarabiały pieniądze i dawały prostą rozrywkę – element fantastyczny wykorzystuje się tam głównie do oszołomienia widzów wypasionymi, dynamicznymi efektami specjalnymi. O logikę i sens producenci troszczą się jakoś mniej.

Nie krytykuję kina rozrywkowego. Nie sposób oglądać tylko głębokich, ambitnych filmów, ale jednak fajnie, gdy w pozornie efekciarskim produkcie znajdziemy jakieś drugie dno, przemycone bezboleśnie przez twórców. O dziwo odczułam to właśnie przy „Niepamięci”.

Zacznijmy od tego, że znudził mi się Tom Cruise. Byłam tego filmu ciekawa ze względu na dość pozytywne opinie, nie zaś ze względu na samego Cruise’a, który wzbudza we mnie pewną ambiwalencję (cenię go za kilka fajnych filmów, kiedyś nawet go lubiłam, ale jest go wciąż dużo, a to potrafi znużyć). Muszę jednak przyznać, że jego aktorska maniera nie daje się w tym filmie tak mocno we znaki, jak się obawiałam. Cruise wciąż gra bohatera standardowego, ratującego świat, ale… nie denerwuje. A to już duży plus.

Historia dzieje się w przyszłości. Ludzie opuścili zniszczoną, napromieniowaną Ziemię po tym, jak odparli atak tajemniczych Sępów. Przenieśli się na Tytana, księżyc Saturna, tworząc tam kolonię. Nie wszyscy jednak zostali ewakuowani – Jack i Victoria pozostali w małej bazie, nadzorując jeden sektor z którego pobierane są niezbędne surowce i na bieżąco naprawiając drony. Wszystko działa jak w zegarku. Wprawdzie Victoria nie może się już doczekać przenosin na Tytana, za to Jack przeciwnie – tęskni za dawnym życiem, które było na Ziemi, ale tylko początkowo upatrujemy w tym źródła konflików. Ponieważ jednak w każdym filmie musi się coś dziać (najlepiej z przytupem), sytuacja komplikuje się dość szybko. I to komplikuje się naprawdę ciekawie…

Film jest ładny wizualnie, chociaż jego kolorystyczny chłód i sterylność przypominają mi nieodparcie np. „Raport mniejszości”. Składa się z pewnych klisz, wyraźnych odwołań do innych filmów o podobnej tematyce, ale całościowo jest spójny. Wyjaśnienie zagadki jest pewnym zaskoczeniem, ale ciekawy jest również poruszony temat tożsamości i pamięci, który przewija się od samego początku (nasi bohaterowie mają zatarte wspomnienia, nie pamiętają więc swojego życia sprzed misji). Tworzy nas pamięć, ale również nasza fizyczna powłoka – to one decydują kim jesteśmy, kim się czujemy. Film rozgrywa to dość ciekawie i klimatem pasuje do filmów tworzonych na podstawie prozy Philipa K. Dicka – w tle pobrzmiewa to ważkie pytanie o tożsamość i bardzo mi się to podobało.

Nie jest to wielkie kino, ale ma swój urok i przykuwa uwagę. Nie przeszkadzało mi, że początek był raczej spokojny – film trwa 2h, więc ma metraż, żeby się rozbujać. To dobra robota, która nie jest może odkrywcza, ale nie jest też głupią łupaniną i potrafi dać satysfakcję. Ja poczułam się usatysfakcjonowana i naprawdę mile zaskoczona. Myślę, że warto poświęcić te 2h na „Niepamięć”. Jest to na pewno lepsza propozycja na wieczór niż ostatnia „Pamięć absolutna”.

Reklamy