Tagi

, , , , , ,

Food_Friends_12_2012Po czasopismo „Food&Friends” sięgnęłam z ciekawości jakiś już czas temu, zaintrygowana okładką. Wciąż się jednak nie składało, bym napisała o nim kilka słów, Numer, który akurat mam przed sobą, pochodzi z przełomu roku 2012/2013 i jest w związku z tym utrzymany w klimatach świątecznych (nie ma tematu pyszniejszego i bardziej urodziwego niż Boże Narodzenie). W środku jednak nie będzie tylko o świętach, można nawet rzec, że akcenty te będą raczej drobne.

Pismo jest elegancko wydane, na ładnym papierze, który dobrze ukazuje kolorystykę zdjęć. Liczy 164 strony i ma gruby, klejony grzbiet. Zdecydowanie wyróżnia się na tle „Kuchni” czy „Mojego Gotowania”, ale trudno, żeby było inaczej – to w końcu dwumiesięcznik, wymagamy więc od niego więcej treści i solidniejszego formatu. Cena nie jest przy tym zaporowa (14,90zł).

To, co najbardziej rzuca się w oczy to… niekulinarność tego pisma. A przynajmniej nie w takim sensie, w jakim przyzwyczailiśmy się odbierać kulinarność w przypadku innych czasopism z tego segmentu. „Food&Friends” to przede wszystkim pismo o jedzeniu, o kulturze jedzenia, ale niekoniecznie o gotowaniu. Oczywiście znajdziemy tutaj przepisy, i to całkiem sporo nawet, ale niestandardowo umieszczono je w osobnym dziale na końcu pisma. Same potrawy również należą do tych bardziej wysublimowanych, nie mających zbyt wiele wspólnego z codziennym gotowaniem. Pismo idzie więc bardziej w kierunku okołokulinarnym, lifestyle’owym, opowiadając głównie o restauracjach i jedzeniu restauracyjnym. I chyba całkiem dobrze mu w tej niszy.

Jak już wspomniałam – jest dużo o jedzeniu. Otrzymujemy dużo zdjęć, zwykle bardzo ładnych, potrawy na nich są intrygująco wystylizowane (na szczęście nie wszystkie). Pismo ma trochę tematyki lokalnej, polskiej („Bydgoszcz od Kuchni”, „Winiarze Dolnej Wisły”), ale duża część odnosi się też do dalszych miejsc (rozległy temat „California Dreaming”, który osobiście totalnie mnie zirytował). I chociaż wszystko jest ładne, przyjemne i mamy co poczytać, to mam wrażenie, że całe pismo jest takie… nie-nasze, odległe. Może to wynikać z tej prostej przyczyny, że wzoruje się na skandynawskim odpowiedniku „Mat&Vänner” – klimaty skandynawskie odczujemy więc na wszystkich stronach, w całej ich wysublimowanej estetyce. Nie jest to wcale zarzut – estetyka skandynawska może się bardzo podobać, jest raczej surowa i nieprzekombinowana, a nie od dziś wiadomo, że nadmiar jest gorszy od braku. Myślę jednak, że bardziej pasowałoby mi coś bardziej „swojskiego”, dzięki czemu mogłabym się jakoś emocjonalnie z tym pismem związać. Zamiast tego przeczytałam je ot, tak po prostu, obejrzałam zdjęcia i odłożyłam na półkę. O tym, żeby wypróbować przepisy nawet nie wspomnę – niestety nie znalazłam nic, co mogłoby mnie zainteresować, same nazwy zbijają już z tropu.

Zapraszam też do Ziołowego Zakątka, gdzie Atria napisała 3 lata temu recenzję pierwszego numeru tego pisma.

Reklamy