Tagi

, , , , , ,

TarantulaPisałam już o filmie Almodóvara, który mnie nie zachwycił, a raczej odrzucił. Sięgnięcie po pierwowzór literacki związane było ze zwykłą ciekawością. Tym większą, że książka nie jest długa i wystarcza spokojnie na jeden wieczór. Tylko czy warto ten wieczór na nią poświęcić skoro film nie wszystkim może się podobać?

Zarys fabuły znamy – mamy bogatego, znanego chirurga plastycznego i więzioną u niego w domu piękną kobietę. Krok po kroku poznajemy łączącą ich relację i jej przyczyny. Znając film nie będziemy zaskoczeni, ale jednak książka oferuje kilka sporych niespodzianek – okazuje się bowiem, że Almodóvar wprowadził sporo zmian do filmu, i to zmian naprawdę kluczowych dla odbioru całości. Rzekłabym wręcz, że uczynił film bardziej drastycznym od pierwowzoru literackiego, i to zarazem emocjonalnie jak i obrazowo. Zmiana imion bohaterów to tylko jeden element, do tego jeszcze dochodzi zupełnie inne rozmieszczenie akcentów przez uwypuklenie historii Richarda (w filmie Roberta), na które zdecydował się Almodóvar, wprowadzając przy tym nowych bohaterów. Książka nie jest aż tak zakręcona i skupia się przede wszystkim na zależności między Ewą (w filmie Verą) i Richardem właśnie. Dostajemy więc wnikliwe studium nienawiści i przywiązania, oparte na przemocy związanej z bestialskim odarciem człowieka z jego tożsamości. Różnice interpretacyjne nasuwają się już przy spojrzeniu na tytuły – „Tarantula” ma inny wydźwięk niż „Skóra, w której żyję”, inną ciężkość i znaczenie. To niby niuans, ale podkreśla tylko, że film nie jest tak naprawdę ekranizacją książki, ale raczej wykorzystaniem pewnego motywu.

Zwieńczeniem występujących różnic między oboma tytułami jest chociażby samo zakończenie – zupełnie inne w książce niż mamy w filmie. Ani lepsze, ani też gorsze, ale inne, bo wynikające z innych emocji i zdarzeń, z odmiennego rozegrania zależności, jaka występuje między Ewą i Richardem. Całościowo jednak film wydaje się przez to cięższy, bardziej kanciasty i brutalniejszy, napełniony mnóstwem ciśnień. Książka jest odczuwalnie lżejsza i bardziej przejrzysta, pokazuje motyw zemsty tylko na jednym poziomie, nie piętrząc tajemnic i grzechów bohaterów. Tym samym „Tarantula” podobała mi się bardziej od filmu. Zasługą jest też pewnie przyjemny, prosty język, którym jest napisana, skupiający się przede wszystkim na jasnym przekazaniu treści, bez szaleństw w opisach i budowie zdań. Ta klarowność powoduje, że całość czyta się błyskawicznie.

Czy warto sięgnąć po książkę? Myślę, że tak, bo przeczytamy ją w jeden wieczór, a lektura jest zwykle miłym sposobem na spędzenie czasu. Jeśli komuś podobał się film, to z chęcią pozna pierwowzór literacki, a jeśli komuś się nie podobał, to „Tarantula” może go pozytywnie zaskoczyć, jak i mnie zaskoczyła. Nie jest to wprawdzie opowieść, która mną emocjonalnie wstrząsnęła, ale nie miałam też poczucia zmarnowania czasu.

Reklamy