Tagi

, , , , , , , ,

Po ponad pół roku od zakończenia lektury „Kamiennych Sadyb„, poprzedniego tomu cyklu „Dzieci Ziemi”, postanowiłam zmierzyć się z ostatnim tomem, który miał jakiś czas temu swoją premierę. W zasadzie o prozie Jean M. Auel pisałam już na blogu, przy okazji zmagań z tomem czwartym i wspomnianym już tomem piątym. Mam do tego cyklu dziwną sympatię, ale lektury nie mogę niestety nazwać inaczej niż właśnie zmaganiem.

Moje pierwsze podejście do „Krainy Jaskiń” okazało się jednak wielką przegraną – odłożyłam książkę na samym początku lektury, nie próbując nawet złapać znów rytmu tej opowieści. Musiałam zaczekać bardzo długo, nim postanowiłam zmierzyć się z tekstem po raz drugi.

Drugie podejście do książki okazało się na szczęście ostatnim, chociaż lektura szła mi jak krew z nosa. Miałam dłuższe i krótsze przestoje, często trwające więcej niż tylko kilka dni. Mniej więcej w połowie jednak coś „zaskoczyło” i czytanie poszło mi już stosunkowo szybko. Może to świadomość, że po raz ostatni spotykam się z bohaterami?

Fabularnie mamy kontynuację historii znanej nam z poprzednich tomów. Mamy Aylę, bohaterkę doskonałą, jej cudownego partnera Jondalara, ich wzajemne, niesamowicie silne uczucie i już całkiem podrośniętą córeczkę Jonaylę. W tomie szóstym Ayla staje się zelandoni (serio, ktoś uzna to za spojler?). Nie od razu oczywiście, najpierw bowiem przez pół książki będzie odbywała Podróż Donier do świętych miejsc (jaskiń) ludu Zelandonii, a dopiero później będzie kończyć szkolenie poprzez roczne obserwacje nieba, szczególnie słońca i księżyca. Siłą rzeczy nauka zajmuje jej tyle czasu, że na rodzinę starcza jej niewiele – Jondalar i Jonayla muszą radzić sobie bez niej. To oczywiście będzie miało swoje konsekwencje. Ponieważ jednak Ayla jest najlepsza, najbardziej utalentowana i w ogóle super, poradzi sobie ze wszystkim – przede wszystkim ze światem duchów, z nową wiedzą, z ludźmi, ale także z kryzysem w idealnym jak dotąd związku. Bo oczywiście kryzys musi być, żeby nie było zbyt idealnie. Dobro jednak zwycięża.

Ostatni tom cyklu (a może i niekoniecznie ostatni) powiela grzechy wszystkich pozostałych. Bywa nudny, chociaż mnie już zupełnie przestało to przeszkadzać, bywa egzaltowany, są też w nim w nadmiarze miejsca melodramatyczne do bólu zębów i mocno kiczowate. Mnóstwo miejsca zajmują opisy odwiedzanych jaskiń, szczególnie oglądanych tam przez bohaterów malowideł naskalnych. Rozumiem fascynację autorki, która te malowidła widziała osobiście i bardzo chciała zamieścić to w książce, ale umiejętność selekcji to bardzo pożądana cecha także u pisarza. Napotykamy również całą masę powtórzeń, które jednak teraz mniej mi przeszkadzały, bo poprzednie tomy czytałam dawno temu. Gorzej, że powtórzenia się powtarzają – to już przestaje być fajne. A największy kłopot tej książki to wysyp nazw i imion. Jest ich bardzo dużo, tak dużo, że części nie sposób zapamiętać. Nazwy Jaskiń i ich numeracja potrafi zmącić spokój ducha u każdego – załączona mapka trochę sprawę klaruje, ale nie łudźmy się, że cokolwiek zostanie nam w głowie po tej Podróży Donier. No i bohaterowie uwielbiają się sobie przedstawiać, a autorka skrupulatnie to opisuje. Do znudzenia też przytacza zwrotki Pieśni Matki – czytelnik zdąży sam nauczyć się jej na pamięć.

Wątek romansowy nie wychodzi ze znanych nam kolein. Miłość jest tak wielka, że nikt takiej nie widział, potem mamy dramat, który powoduje, że bohaterom odechciewa się żyć, a potem mamy powtórzenie wątku znanego z tomu trzeciego „Łowcy Mamutów” – Jondalar ratuje Aylę i dochodzi do zgody. Bo tylko on ją może uratować, bez niego nic się nie uda, a ona woli umrzeć niż być sama (ciekawe, że córka też jakoś mało ją obchodzi). Po tych ponad 900 stronach zaczęłam dostrzegać pewien urok tego układu, ale może to dlatego, że zdążyłam mimowolnie trochę przywiązać się do głównych bohaterów i ich dziwactw.

Książka nie ma zalet, które posiadały tomy poprzednie – mniej jest wątków „survivalowych” i dotyczących praktycznych aspektów życia w epoce lodowcowej. Tom ten jest pod tym względem inny od poprzednich. Mamy wyraźniej zarysowane sprawy społeczne i ten nieszczęsny wątek wizji, które odkrywają prawdę o poczynaniu życia w ciele kobiety. Przemyślenia Ayli zostają uznane za fakt i dochodzi do niemałej rewolucji wśród Zelandonii. Sama Ayla natomiast zdoła w tym tomie porządnie przyćpać (przepraszam, nie mogłam się powstrzymać) i będziemy mieli jazdę do czasów powstania życia na Ziemi i daleko w przyszłość, i to taką którą sami dobrze znamy. Szeptem odzywa się wątek ekologiczny całego cyklu…

Wiem, że jestem trochę złośliwa – cykl jest na całym świecie bestsellerem i ma mnóstwo wiernych fanów. Owszem, całość ma swój urok, chociaż trochę przyciężkawy. Mimo że dostrzegam mnóstwo jego wad i niedociągnięć, to jednak mam do niego słabość i postanowiłam sięgnąć również po tom szósty, chociaż nikt mnie nie zmuszał. Nie sposób się jednak nie zgodzić z opiniami osób dla których przedzieranie się przez prozę Auel to koszmar. Czy więc warto w ogóle zaczynać tę przygodę? Niestety nie mogę udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Spodziewam się, że za kilka lat faktycznie wyjdzie tom siódmy, a wtedy znowu się skuszę na wejście do tego świata. Wiem jednak, że nie każdy wytrzyma tyle tomów z coraz większą liczbą stron. Dlatego jeśli ktoś nie lubi wątków romansowych, to powinien cykl ten omijać szerokim łukiem – jest to bowiem przede wszystkim romans rozpisany na wiele długaśnych aktów, ani odkrywczy, ani też czarujący językowo.

Reklamy