Tagi

, , , , , ,

Na_skraju_jutraTom Cruise ma ostatnio dobrą passę jeśli chodzi o kino fantastyczne. Poprzednio widzieliśmy z R. jego „Niepamięć” i film przypadł nam do gustu. „Na skraju jutra” również zasługuje na uwagę. Nie jest to może mistrzostwo świata, ale film wciąga i broni się pomysłem, a to już miła niespodzianka. Tym bardziej, że ostatnio filmy fantastyczne są traktowane głównie jako wielkie, efektowne widowiska. „Na skraju jutra” nie wypada do końca z tej konwencji, ale stara się pokazać coś więcej poza wybuchami i szybką akcją. Nie powinniśmy jednak oczekiwać zbyt wiele – nie jest to kino filozoficzne.

Tom Cruise gra tutaj człowieka o nazwisku Cage, który zostaje  powołany do wojska w związku z wielką wojną z obcymi, którzy najechali na Ziemię. Wojna jest trudna, bo obcy mają zdecydowaną przewagę, ale dopiero po jakimś czasie dowiadujemy się z czego ta przewaga wynika. Początek filmu to pokaz wielkiego tchórzostwa bohatera, który wcale nie zamierza ginąć na polu bitwy, a nie może przed tym uciec. Jest to również obraz wielkiego strachu, jaki wojna wzbudza w uczestnikach (wbrew pozorom łatwo można uczucia Cage’a zrozumieć – reszta bohaterów nie wydaje się być do końca świadoma tego, co niesie ze sobą wojna). I byłoby to zupełnie zwyczajne kino wojenne, gdyby nie śmierć bohatera – i początek pętli czasowej, w której się znajduje.

Pomysł nie jest tak naprawdę nowy, bo chyba wszyscy znamy „Dzień świstaka”, w którym bohater przeżywał wciąż na nowo ten sam dzień. Tutaj powtarzany tysiące razy dzień przybycia Cage’a do bazy wojskowej również ma wpływ na przemianę bohatera, który z tchórza staje się wielkim wojownikiem i dojrzewa emocjonalnie. Rozwiązywanie problemów w takiej rzeczywistości ma w sobie coś z gry komputerowej – można poprzez powtarzalność prób znaleźć najbardziej optymalne rozwiązanie i Cage czerpie z tej możliwości pełnymi garściami. Najpierw po omacku, następnie coraz bardziej metodycznie. Nie to jest jednak najważniejsze, chociaż jest motywem napędzającym cały film. Głównym problemem staje się pokonanie niezwykłego wroga (zawsze przecież musi być wróg, im dziwniejszy tym lepiej), a w tym pomaga Cage’owi Rita, bohaterka ostatniej wielkiej bitwy pod Verdun, znakomity żołnierz znany pod pseudonimem Full Metal Bitch (świetna Emily Blunt), a przy tym osoba, która potrafi mu wyjaśnić specyfikę umiejętności, którą został obdarzony. Zakończenie nie jest zaskoczeniem – ludzkość musi zwyciężyć, a bohater otrzymuje jeszcze jedną szansę na przeżycie tego kluczowego dnia „na poziomie”, sam schemat wypróbowywania kolejnych rozwiązań jest jednak ciekawy i wciągający. W tle tego wszystkiego pojawia się między bohaterami uczucie. Ze strony Cage’a jest ono dość oczywiste – w ciągu tych wszystkich „resetów” ma szansę poznać Ritę naprawdę dobrze, ona jednak za każdym razem widzi go po raz pierwszy i to pozostawia tę relację w pewnym niedopowiedzeniu.

W ogólnym klimacie i w zarysie fabuły „Na skraju jutra” przypomina mi „Niepamięć”. W obu przypadkach widzimy próbę sięgnięcia do kina fantastycznego po coś ciekawszego niż tylko po efekty specjalne. Chociaż w kwestii strony wizualnej oba filmy naprawdę bardzo miło się ogląda i są efektowne, to jednak widz czuje, że pod tą otoczką twórcy chcą też opowiedzieć pewną historię, a w końcu kino to takie samo opowiadanie historii jak literatura (duża to zasługa literackiego pierwowzoru „Na skraju jutra” autorstwa Hiroshiego Sakurazaki, którego to pierwowzoru niestety zupełnie nie znam). W efekcie otrzymaliśmy film ciekawy i dynamiczny, niegłupi, dobrze zagrany, prawdziwy hit, który przy okazji nie jest durnowatą wydmuszką. Do tego filmu miło będzie od czasu do czasu wrócić. I piszę to ja, która Toma Cruise’a nie lubię, a mimo to jestem w stanie docenić jego wkład w taką produkcję.

Reklamy