Tagi

, , , , , , ,

InterstellarPo dłuższym czasie zebrałam się, żeby zrobić ten wpis. Co można bowiem napisać o filmie, o którym napisano już chyba wszystko? Trudne to zadanie. Były wielkie oczekiwania i już wiemy, że nie wszystkie zostały spełnione. Czy jednak naprawdę można przejść obojętnie obok „Interstellar”? Mogę pisać tylko o moich wrażeniach – moich i R., bo jak zwykle przedyskutowaliśmy film po seansie. Nie było jednak łatwo przedyskutować wszystkie kwestie poruszone w filmie, bo było ich sporo i wchodziły między sobą w interakcję. Mimo to postanowiłam napisać kilka chaotycznych trochę zdań o moich poseansowych wrażeniach.

Są takie filmy, które odbiera się bardzo emocjonalnie. Wtedy nie zwraca się uwagi na to, że fabuła ma dziury, scenariusz narzuca nielogiczne rozwiązania, a bohaterowie są dość papierowi. Tak odbieram „Avatara”, który pozostanie mi emocjonalnie bliski niezależnie od tego, jak bardzo wydaje się kiczowaty (i ile razy go widziałam). Na tej liście umieściłabym też kilka innych filmów, o których może kiedyś jeszcze napiszę. Myślę też, że mogłabym dopisać tam „Interstellar”. Bynajmniej jednak nie dlatego, że uważam, że to film kiczowaty. Wręcz przeciwnie. Po prostu emocjonalnie bardzo mnie poruszył.

Nolan jest wyjątkowym twórcą w Hollywood, bo potrafi zrobić blockbustera, który ma bardzo konkretną i przemyślaną historię do opowiedzenia. Znamy inne jego filmy, każdy godny uwagi (chociaż nie wszyscy się z tym zgodzą na pewno), a „Interstellar” pokazuje, że reżyser ten (i jego brat, scenarzysta Jonathan Nolan) mają bardzo szerokie spektrum zainteresowań. Tym razem sięgnęli po klasyczne science fiction, które ostatnio odeszło w odstawkę. Tym samym pierwsza połowa filmu, obok elementów obyczajowych, a w zasadzie to dramatycznych, oferuje nam wątki, których w kinie już dawno nie widzieliśmy – wyprawę w kosmos, zwiedzanie obcych planet. Ten dreszczyk emocji towarzyszący bohaterom i widzom, nawet jeśli jest napędzany przez walkę o przetrwanie gatunku, przypomniał mi napięcie jakie odczuwałam w trakcie lektury starych powieści sf. Tym bardziej więc „Interstellar” mnie wzruszył, bo sięgnął do klasyki, która jest już niemodna. Wielkie poszukiwania nowego domu dla ludzkości Nolan napędza jednak nie tylko ciekawością naukowców – tutaj toczy się gra o życie. I to dosłownie.

Nolan postanowił nie przygotowywać swojego nowego filmu w bardzo modnym ostatnio 3D co mu się chwali. Efekty specjalne są obecne, ale pełnią bardzo konkretną rolę, nie są głównym tematem filmu. Przy okazji twórcy tych efektów wzięli na siebie trud przedstawienia wizualnie rzeczy, których człowiek nigdy nie widział. Nie przesadzili przy tym, nie postawili na fajerwerki i bardzo mi się to podobało. Podobały mi się również wnętrza, szczególnie te na statku kosmicznym. To nie są sterylne, eleganckie wnętrza znane choćby z „Prometeusza”, ale realistyczne, brudne, mało przytulne kąty, w których kosmonauci muszą żyć. Wyprawa w kosmos nie przypomina więc szkolnej wycieczki, ale podróż w jedną stronę – bohaterowie wiedzą od początku, że nie wrócą.

Film można porównywać do „2001: Odysei kosmicznej” Kubricka, bo to pierwsze i oczywiste skojarzenie, a przy tym jak najbardziej słuszne. Myślę jednak, że nie ma sensu przesadzać z tymi porównaniami. Widziałam film Kubricka raz, wiele lat temu, nie zamierzam więc wkraczać na grząski grunt porównawczych analiz. Jak już wspomniałam, przez pierwszą połowę film Nolanów to historia mało fantastyczna, za to z wyraźnym wydźwiękiem ekologicznym (wciąż jest to temat aktualny) i obyczajowym. Dopiero potem na scenę wkracza temat kosmosu. Film jest długi, trwa grubo ponad 2 godziny, prawie 3. Jest przy tym bardzo ludzki, a ja lubię takie filmy. W przekazaniu emocji pomaga mocna muzyka Hansa Zimmera, który niemal obowiązkowo pojawia się we wszystkich wielkich produkcjach w Hollywood. Film łączy wątki, które zazębiają się ze sobą, ale które wzięte nawet osobno są bardzo nośne i przez to film jest jakby od środka napęczniały. Mamy więc wątek katastroficzno-ekologiczny, dramat rodzinny (przejmujący, przynajmniej dla mnie, na wszystkich płaszczyznach), temat eksploracji kosmosu, próbę uchwycenia współczesnej myśli naukowej w fizyce, a także filozoficzną kwestię przetrwania gatunku homo sapiens i związanego z tym poświęcenia, ewolucję samego gatunku oraz zupełnie prostą kwestię czasu, przemijania i samotności. W filmie pierwsze skrzypce gra zdecydowanie Matthew McConaughey, który potrafił uchwycić emocje swojego bohatera i przekonująco je przekazać. Bez niego ten film wyglądałby zupełnie inaczej. I chociaż nie przepadam za tym aktorem, to nie mogę mu odmówić talentu (pokazał go choćby w „Magic Mike”).

Cała ironia „Interstellar” polega na tym, że jego warstwa obyczajowa może trafić do widza bardziej niż warstwa naukowa. I w ten oto sposób film w całości bardziej podobał się mojej Mamie (i ją wzruszył) niż mojemu Tacie, staremu wyjadaczowi w kwestii tematyki fantastycznej. Film bowiem wzrusza, a poruszane w nim tematy są jednak dość wtórne, wszystko już widzieliśmy, albo o tym czytaliśmy (od razu przypomniał mi się mój ulubiony film z dzieciństwa „Czarna dziura”). Cała siła filmu polega jednak nie na tym, że jest odkrywczy, bo o to teraz trudno, ale na tym, że Nolanowie postanowili połączyć wszystko razem, zrobić ze swojego filmu wielopiętrowy monument, który można oglądać z wielu stron i rozumieć bardzo różnie. Każdy powinien znaleźć w nim coś dla siebie. Chociaż nie będę ukrywać, że myśl przewodnia jest zaskakująca jak na film o takiej tematyce – o znaczeniu miłości trudno mówić w sposób naukowy.

Film podobał mi się na wielu płaszczyznach. Podobał mi się smutek obumierania Ziemi – dość dramatyczny (głód wynikający z obumierających upraw), ale przy tym jednak… zwyczajny. Ludzkość próbuje się ratować, ale nie bardzo ma możliwość, wszyscy skupiają się więc na teraźniejszości, wegetują, dostosowując się do coraz trudniejszych warunków. Tak mogłoby to wyglądać – chociaż Nolanowie nie mówią dokładnie jaki jest mechanizm tej ekologicznej katastrofy, to jednak wymarcie ludzkości bardziej kojarzy mi się z powolnym, męczącym procesem, a nie jakimś gwałtownym zdarzeniem. Proces ten podkreśla jeszcze ogólną beznadzieję całej sytuacji. Oczywiście, że ratunek wydaje się zbyt optymistyczny, ale takie są prawidła sztuki. Musi się pojawić jakieś światełko w tunelu, żeby bohaterom zachciało się chcieć, a widzowie uwierzyli, że warto walczyć.

Mogłabym pisać i pisać, a i tak nie jestem pewna, czy uda mi się uchwycić wszystko, co zwróciło moją uwagę. Może będzie łatwiej, gdy film wyjdzie na płycie i w domowym zaciszu, z materiałami dodatkowymi, będzie można do niego wrócić i na spokojnie jeszcze raz całość przetrawić. Na pewno będę chciała spotkać się z „Interstellar” ponownie – to nie jest film, który łatwo wyjdzie mi z główy. I bardzo dobrze.

Przy okazji gorąco polecam znakomitą recenzję na łamach Esensji autorstwa Konrada Wągrowskiego. Zgadzam się z nią całkowicie i nawet nie zamierzam z Konradem polemizować. Innym jeszcze szalenie ciekawym tekstem o „Interstellar” jest znakomity artykuł Jacka Dukaja dostępny na kulturaliberalna.pl. Zainteresowani tematem na pewno z chęcia zajrzą pod podane linki.

Reklamy