Tagi

, , , , , , ,

The_Knick_1Nowy serial na kanale HBO (stworzony przez Cinemax) oglądaliśmy we dwoje, co nie zdarza się często, bo jednak mamy z R. dość różny gust serialowy. „The Knick” jednak wciągnął nas oboje i czekaliśmy na każdy kolejny odcinek.

Tematyka jest sama w sobie fascynująca i wyróżnia się na tle współczesnych seriali. Jesteśmy w przełomowym momencie historii, gdy medycyna gwałtownie się rozwijała, ale nie było jeszcze dostępu do tak zaawansowanej technologii i wiedzy, jaką mamy obecnie. Te szokujące dla nas początki Steven Soderbergh postanowił bezpośrednio pokazać. I chwała mu za to!

Akcja dzieje się w szpitalu Knickerbocker w Nowym Jorku na początku XX wieku. Bohaterami są lekarze, a szczególnie istotny dla fabuły jest najważniejszy z nich – John Thackery, wizjoner, taki trochę dr House czasów przedwojennych. Uwaga twórców nie skupia się jednak tylko na nim – poznajemy też bliżej kierowców ambulansu, pomagającą w szpitalu zakonnicę, która prowadzi też niezbyt chlubną działalność w „szarej strefie”, córkę sponsora szpitala oraz pielęgniarkę, która wspiera działania lekarzy i dąży do ryzykownego romansu z Thackerym. Wszystko polane jest smakowitym sosem historycznych realiów. Mamy więc silne narkotyki jako leki, zabawy rentgenem, który jest rewolucyjnym rozwiązaniem w tamtych czasach, wielorazowe szklane strzykawki i operacje dokonywane w bardzo względnie sterylnych warunkach, w wielkiej sali z widzami (chociaż lekarze myją przed operacjami dokładnie ręce!). Medycyna próbuje zmierzyć się z problemami, które teraz nie są już dla nas trudne: transfuzje, cesarskie cięcie, operacje plastyczne, operacje wyrostka robaczkowego czy przepukliny. Wtedy jednak wymagały badań i kreatywności, żeby umożliwić pacjentom przeżycie.

To, co zwraca naszą uwagę od razu, to niesamowita staranność w przygotowaniu strony wizualnej serialu. Kostiumy, odtworzone realia, wnętrza i przedmioty – widać tutaj wielką uwagę twórców. Do tego dochodzą kwestie społeczne i rasowe – namacalne problemy, które były normą w tamtych czasach, a które w fabule zapewniają niezbędną dynamikę i dramaturgię. A czasy to wcale nie takie odległe – czym jest bowiem 100 lat? Postęp technologiczny pokazuje nam, że to bardzo dużo, ale czy społeczeństwo zmieniło się tak bardzo, jak technologia? Do tego dochodzi prowadzenie kamery, kadrowanie, długie ujęcia, które są charakterystyczne dla Soderbergha, a dodają całości unikalnego klimatu. W efekcie otrzymujemy serial zimny, ostry, ale fascynujący. Niewielu bohaterów możemy polubić, może tylko Cornelię i Algernona można dopingować (ale w ich sytuacji wiele jest smutnej konieczności). Sam Thackery to człowiek odstręczający, obrzydliwy, egoistyczny, w dodatku cham i narkoman. Oczywiście, mieliśmy wcześniej House’a, ale Thackery nie jest w przeciwieństwie do niego zabawny. Nosi w sobie nutkę szaleństwa, która czyni go absolutnie nieprzyjaznym. Ale przecież my, widzowie, uwielbiamy takie osobowości na ekranie. :)

Można mieć pretensje, że Soderbergh w swoim serialu nie próbuje wejść głębiej w psychikę bohaterów. Nie otrzymujemy więc klucza do ich pełnego zrozumienia, nie przywiązujemy się do nich. Sama strona wizualna serialu stwarza dystans, widz zostaje posadzony w dalszym rzędzie, za szybą, jest obserwatorem, a nie współuczestnikiem. Bohaterowie, chociaż mają wielki potencjał, zostają potraktowani bardzo powierzchownie – wciąż jednak pozostają na pierwszym planie, podczas gdy dzieje pacjentów są zupełnie nieistotne (u House’a historia pacjenta była ważna dla serialu, tutaj pacjent liczy się tylko o tyle, o ile pozwala lekarzom na postęp w medycynie – aż trudno czasami uwierzyć, że bohaterowie przeżywają śmierć swoich pacjentów). Jesteśmy świadkami bardzo przykrych sytuacji, rozczarowań, dramatów, które Soderbergh pokazuje bezpośrednio, nie bawiąc się w żadne subtelności. Np. Everett Gallinger od samego początku nie wzbudza sympatii (przynajmniej we mnie), ale twórcy serialu naprawdę mocno go doświadczyli i z wielkim bólem i współczuciem patrzyłam na jego osobistą tragedię.

Mimo psychologicznych niedociągnięć serial się broni, a fabuła przyciąga na dłużej. Nie można też powiedzieć, że przez pierwszy sezon nic się nie dzieje – w 10 odcinku sytuacja wszystkich staje się naprawdę ponura, a po drodze przeszliśmy przez bardzo wiele interesujących wątków. Widz pozostaje w zawieszeniu, ale nie jest to chamski cliffhanger, którego się spodziewałam. To duży plus – przecież wiadomo, że razem z R. i tak obejrzymy sezon 2. :)

Reklamy