Tagi

, , , , , , ,

Wielki_LiberaceZanim usiadłam do napisania kilku słów o tym filmie, obejrzałam go z dłuższymi przerwami 4 razy. Początkowo w ogóle nie planowałam pisać o nim na blogu, ale w którymś momencie zmieniłam zdanie. Dlaczego? To dobre pytanie. Spróbuję na nie odpowiedzieć tak: bo lubię do niego wracać. A jeśli wzbudził we mnie takie nastawienie to widocznie coś jest na rzeczy i warto się nad tym pochylić.

Wcześniej nic nie wiedziałam o artyście znanym jako Liberace i w zasadzie poza tym czego dowiedziałam się filmie wciąż niewiele o nim wiem. Nie jestem więc w stanie skonfrontować wielu informacji ze znanymi faktami. Nie ma to jednak znaczenia w odbiorze filmu, który opowiada pewną zamkniętą historię. A historia ta to nic innego jak romans, czyli temat nieśmiertelny i zawsze na czasie. Ponieważ jednak jest to romans homoseksualny, to widz wietrzy kontrowersję.

Scott jest młodym, biseksualnym chłopakiem, który przypadkiem zapoznaje się z podstarzałym (różnica wieku między nimi wynosiła 40 lat) gwiazdorem występującym pod swoim niecodziennym, ale chwytliwym nazwiskiem Liberace. Od zwykłego, pozornie nieistotnego poznania się relacja tych dwóch mężczyzn szybko przechodzi do romansu – kilkuletniego i prawdziwie ognistego, ale przy tym też fascynującego i smutnego. Obserwujemy po kolei wszystkie etapy tego związku, łącznie z jego rozpadem, a dla Scotta – także z fragmentem życia „po Liberacem”, które jest pewnym wyzwaniem. Żeby było ciekawiej już na samym początku zostaje zasygnalizowane, że Scott tak naprawdę wchodzi w pewien cykliczny dla Liberacego układ, który musi skończyć się tak, jak się skończył (wystarczy obserwować zachowanie poprzedniego kochanka artysty, który fochuje się na początku filmu).

Soderbergh przedstawia nam całą historię w znajomym, charakterystycznym dla siebie stylu – surowo w formie, bawiąc się długimi ujęciami, wykazując olbrzymie skupienie i uwagę dla drobiazgów, z których zbudowane są wszystkie sceny (jeśli nam mało tego pedantycznego szlifu, to koniecznie sięgnijmy po „The Knick”, gdzie możemy się tym upajać do woli). Scenografia jest prawdziwie mistrzowska, a wraz z nią na uwagę zasługuje też aktorstwo. Całość bowiem, poza olśniewającą i hipnotyczną stroną wizualną, jest też znakomicie zagrana przez duet naprawdę świetnych aktorów. Muszę też tutaj koniecznie wspomnieć o roli Roba Lowe, którego wątek chirurga plastycznego dr Jacka Startza jest tak absurdalny, że aż śmieszny.

Film podzielony jest na kilka części, które oznaczone są datami. Historia rozpoczyna się w roku 1977, kiedy bohaterowie się poznają przez wspólnego znajomego (w tej roli ledwie rozpoznawalny Scott Bakula). Przez kolejne lata trwa rozkwit związku, związany też z poważnymi decyzjami i rozpieszczaniem Scotta bogactwem i wszechobecnym kiczem, aż do roku 1984, w którym dochodzi do burzliwego rozstania. I to (co ciekawe) rozstania, które nie zostało przez nic konkretnego sprowokowane. Film zamyka rok 1986 pod znakiem AIDS, które zaczynało zbierać swoje żniwo wśród bardzo znanych w Ameryce gwiazd ukrywających swój homoseksualizm. Problem ten dotknął też wielkiego Liberacego.

Całość oparto na motywach książki prawdziwego Scotta Thorsona zawierającej jego wspomnienia, których prawdziwość nie została jednak potwierdzona. Sama konstrukcja filmu powoduje, że nie czujemy wcale żebyśmy oglądali fabułę opartą na faktach. Jak na biografię opowieść jest bardzo filmowa i nastawiona na przepych wizualny. Ponieważ nie znam książki, nie jestem w stanie ocenić jaka jest relacja filmu do papierowego pierwowzoru.

Musimy sobie to jasno powiedzieć: film opowiada przede wszystkim o miłości, nie pogłębia za bardzo psychologii bohaterów, nie tłumaczy ich działań, pozostaje powierzchowny i można to uznać za jego największą wadę. Ale z tym samym stykamy sie we wspomnianym już przez mnie „The Knick”. Film jest mimo to dramatyczny, pokazuje silne emocje, jak zazdrość i złość, a także idące z nimi wybaczenie, ból i szczęście. Przedstawia też normalne, nie nacechowane negatywnie podejście do gejowskich par, widzimy odważne chociaż nie wulgarne sceny czułości i zbliżeń, na pewno trudne w nakręceniu (tutaj wielkie brawa dla aktorów) – widać pełen profesjonalizm w realizacji tej wizji. Film łamie pewne tabu w jawnym pokazywaniu homoseksualizmu, ale jest daleki od jakiejkolwiek oceny. O dziwo wśród tych wszystkich wizualnych wodotrysków sam romans jest najzwyklejszy pod słońcem.

To nie jest film dla każdego. Mnie on jednak do siebie przekonał, czego początkowo zupełnie się nie spodziewałam. Tym bardziej, że recenzje były raczej letnie. A jednak Soderbergh po raz kolejny do mnie trafił i chcąc nie chcą przyznaję: lubię wracać do tego filmu. Po prostu.

Reklamy