DymZostałam pokonana przez codzienność. Tak, to chyba najlepsze, najbardziej adekwatne określenie całej sytuacji. Dlatego od kilku miesięcy blog nie jest aktualizowany i nie pojawiają się na nim nowe wpisy – nie mam zwyczajnie na to czasu i siły. Możliwe też, że straciłam trochę serce do odtwarzania tego, co przeżywam w ciągu kolejnych, krótkich dni, do pisania o książkach, które czytam zdecydowanie zbyt wolno, lub o filmach, które zmęczeni oglądamy wieczorem z R. gdy dziecko już pójdzie spać. Do przygotowania wpisu między codziennymi zajęciami nie mam już weny. Trudno mi zwerbalizować wiele wrażeń i uczuć – zbyt wiele się dzieje wokoło, trudno skupić się na jednej myśli i pociągnąć ją dalej. Bo czy tak naprawdę moje wrażenia z filmu X mogą przyćmić małe sukcesy Córki w codziennych wyzwaniach?

Problemy duże i małe są nieustającym strumykiem, dzięki któremu czujemy, że żyjemy. Doświadczam tego, jak każdy – nieustannie. Ostatnio jedno większe zmartwienie się zdarzyło, ale w perspektywie czasu okazuje się w sumie dość nieistotne – określenie straty bywa względne, a w większości przypadków cierpi nasza duma, a nie prawdziwie ważna wartość. Staram się powoli dążyć do pewnego minimalizmu w moim życiu. Jest to bardzo trudne, bo jak każdy przywiązuję się do rzeczy, ale najbardziej zaczęłam doceniać obecność moich bliskich, czas z nimi spędzony – bo tego czasu nie sposób odzyskać gdy już przeminie. A przemija bardzo szybko.

Po każdym niepowodzeniu trzeba wstać, otrzepać się i iść dalej. Dobrze jest nie oglądać się za siebie. Wymaga to dużo siły i samozaparcia, ale jest do zrobienia. I chyba warto pogodzić się z tym, że nie pozostawimy po sobie zbyt wielu wartościowych, materialnych śladów istnienia. To, co jest naszą nieśmiertelością to następne pokolenia.

Reklamy