Tagi

, , , , , ,

Quantum_of_SolaceDo 22-go filmu o agencie 007 podchodziłam kilka razy – bez sukcesu. Dopiero ostatnio, po obejrzeniu po raz n-ty mojego ulubionego „Casino Royale” i po świeżej wizycie w kinie na „Spectre” postanowiłam zmierzyć się wreszcie z tą częścią cyklu i na spokojnie włączyłam sobie film wieczorem do kubka gorącego kakao. I co? I było nieźle.

Pierwszy seans „Quantum of Solace” miał u mnie dużego pecha – nie skupiłam się na fabule i przez to też dość szybko przestałam rozumieć o co chodzi. Odbiło się to na tym, że  przez długi czas uważałam tę część cyklu za niezrozumiałą, słabą, bezsensowną i wcale nie spieszyło mi się, żeby zmienić zdanie. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że film naprawdę widziałam i tym samym nie muszę domyślać się wielu rzeczy.

„Quantum of Solace” domyka wątki, które znamy z „Casino Royale”, a w świetle dwóch następnych filmów o 007 jest tylko dowodem na to, że nowy James Bond pomyślany został tak, jak nowy Batman Christophera Nolana – jako pewna całość, zamknięta opowieść. „Quantum…” jest bezpośrednią kontynuacją „Casino Royale”, natomiast jego związek ze „Skyfall” nie jest już taki bezpośredni. W głowie widza uporządkowuje się jednak temat Vesper Lynd, a i sam Bond wreszcie jest w stanie rozliczyć się z przeszłością i zamknąć za sobą pewien rozdział.

W „Quantum of Solace” Bond podąża kolejnymi tropami, które doprowadzają go do organizacji Quantum, mieszającej się w politykę w Boliwii w celu maksymalizacji finansowych zysków. Krok za nim podąża całe MI6, z M na czele, która trochę sfrustrowana nie może opanować swojego niesubordynowanego agenta. Agentowi towarzyszy Camille, kolejny przykład intrygującej dziewczyny Bonda, ale żeby nie było zbyt monotonnie, to pojawia się też jeszcze jedna kobieta, niestety bardziej pechowa. Bond i Camille łączą siły, bo chociaż cele mają różne to jednak bardzo im po drodze w ich realizacji. Jak łatwo się domyślić – udaje im się dopiąć swego, co jednak ciekawe nie chodzi tutaj o zwyczajowy romans między bohaterami.

Filmy o Bondzie to wielkie widowiska. I tym razem mamy dynamiczne pościgi, a rozwiązania fabularne raczej ograniczają się do stosowania siły, a nie do negocjacji (zanim Bond trafi na właściwy trop musi paść kilka trupów jako „wypadki przy pracy”). Bond niestety nie ma dostępu do fajnych zabawek, chociaż broń ma zawsze na podorędziu, a i dobre auto też się znajdzie. Film jest jednak dynamiczny i dobrze się go ogląda, a sam Daniel Craig jest naprawdę świetny w roli agenta-osiłka. Twórcy starają się podkreślić niesamowity kolor jego oczu, ale Bond w nowym wcieleniu to wciąż bardziej wykidajło niż dżentelmen. Drogie garnitury świetnie na nim leżą, ale Bond nie bawi się w konwenanse i bardzo szybko przychodzi mu się utytłać kurzem.

Nie będzie to mój ulubiony Bond, dostałam jednak domknięcie historii z „Casino Royale” a to już samo w sobie jest bardzo miłe. Kolejne filmy przynoszą dalsze części układanki po to, żeby w „Spectre” ułożyć się w spójną całość. Chociaż początkowo można się spodziewać, że „Quantum…” zaoferuje nam jakiś wydźwięk ekologiczny, to nic takiego się nie dzieje. Bond nie wychodzi poza utarty schemat filmów akcji: gonitwy, strzelanie, wybuchy, wielkie ucieczki; samoloty, samochody, łodzie, motocykle… Czy doczekamy się w którymś filmie Bonda prowadzącego pościg na rowerze? To byłoby coś nowego… ;)

Reklamy