Tagi

, , , ,

Cicha_przystanZaczęła mi się znowu faza na kryminały. Są ostatnio szalenie popularne, i chociaż opierałam się przez jakiś czas, to nie potrafię im odmówić niezwykłej siły przyciągania. Po „Cichą przystań” Marty Mizuro sięgnęłam z rozpędu – bo akurat stała na półce. Nie pamiętam, żebym ją kiedykolwiek kupowała, musiałam ją dostać. Ale kryminał to kryminał, nie ma co wybrzydzać. Fajnie też sięgnąć czasami po książkę, o której nic wcześniej nie wiedziałam.

Opowieść poznajemy w narracji pierwszoosobowej. Główną bohaterką jest Zuza, pani prokurator z Wrocławia, która zostaje wysłana na przymusowy zaległy urlop. Na miejsce swojej zsyłki wybiera Łagów Lubuski, niewielką miejscowość, do której regularnie jeździła jej zmarła przyjaciółka. Zuza poznaje tamtejszych mieszkańców, pozwala się zauroczyć jeziorom i lasom, ciszy i świeżemu powietrzu. Ponieważ jej pobyt trwa miesiąc, ma czas wgryźć się także w lokalną tajemnicę, która ma coś wspólnego z tragiczną śmiercią jej przyjaciółki. Napięcie rośnie powoli, aż w końcu czytelnik zostaje doprowadzony do finalnego spotkania zabójcy i bohaterki.

To, co od razu zwraca uwagę podczas lektury, to narracja. Czytelnik już od pierwszej strony jest uderzany w twarz charakterystycznym jęzkiem bohaterki, który momentami zakrawa o „przedobrzenie fajności”. Tylko dzięki temu, że zaczyna się coś dziać w tym cichym, turystycznym Łagowie, język schodzi na dalszy plan i powieść daje się czytać. Gdyby tak nie było, to odrzuciłabym ją w kąt. Fabuła rozwija się powoli, jakby zgodnie z leniwym rytmem życia w małej miejscowości, ale jest dość zwarta i przemyślana. Nie miałam poczucia „zawatowania” stron, chociaż są wątki, które trochę kuleją (nie bardzo pasują mi do całości układanki), a i sama bohaterka nie wzbudza jakiejś wielkiej sympatii oraz całej książki też nie nazwałabym sympatyczną. Ale to całkiem dobra rozrywka na deszczowy wieczór przy gorącej herbacie i jak każdy szanujący się kryminał trzyma w napięciu do końca.

Miło też po zalewie skandynawskich kryminałów wreszcie poczytać o swoiskich zbrodniach, w naszych polskich urodziwych zakątkach, z bohaterami o swoisko brzmiących imionach i nazwiskach. To też emocjonalnie zbliża do historii – u nas też dzieją się takie rzeczy, u nas też potrafi być tajemniczo. Ponieważ jednak czytałam „Cichą przystań” zaraz po „Łasce” Anny Kańtoch to początkowo byłam rozczarowana prozą Mizuro. W powieść Kańtoch czytelnik zanurza się z fascynacją, uwiedziony jej językiem. Mizuro pisze na tyle specyficznie, że nie każdemu powieść ta przypadnie do gustu – stąd też zróżnicowane opinie na portalu Lubimyczytac.pl.

Autorka otwarcie przyznaje się do fascynacji „Miasteczkiem Twin Peaks”, ale mimo kilku aluzji w tekście nie odczułam żeby nad całością unosił się duch tego wyjątkowego serialu. Myślę, że na takie skojarzenia proza Mizuro jest zbyt konkretna i tak naprawdę pozbawiona wątków magicznych (albo choćby obietnicy takich wątków). Nie każdy potrafi wykorzystać tego rodzaju elementy w fabule – „Cicha przystań” jest realistyczna do bólu i dlatego fanów „Miasteczka Twin Peaks” może rozczarować jeszcze bardziej niż mnie pod tym względem.

Reklamy