Tagi

, , , , ,

Marsjanin_kNajpierw widziałam film, ale nie zdążyłam jeszcze nic o nim napisać. Wiedziałam jednak po seansie, że przyjdzie czas i na lekturę książki. Jedyne czego mi brakowało, to czasu na tę lekturę. Ale w końcu udało mi się zebrać w sobie i wykroić te cenne godziny. Traf chciał, że lektura nie należy do opornych, więc poszło szybko.

Nie dziwię się popularności tego tytułu. Film był naprawdę fajny i świetnie się na nim z R. bawiliśmy, a książka daje tej zabawy zdecydowanie więcej. Główny bohater, Mark Watney, nieszczęśliwym zbiegem okoliczności zostaje sam na Marsie. To brzmi nieprzyjemnie, ale dramatycznie zacznie się robić gdy uświadomimy sobie w pełni co to znaczy – chodzi w końcu o Marsa, o inną planetę, w dodatku nieprzyjazną życiu z Ziemi. Mark będzie musiał zmierzyć się ze wszystkimi możliwymi problemami, jakie wynikają z tej sytuacji: problemy z brakiem żywności, brakiem kontaktu z Ziemią, brakiem perspektyw przeżycia. A ponieważ jest bohaterem, który stres rozładowuje humorem (i tym samym świetnie bawi czytelnika), a przy tym to naukowiec, który problemy techniczne traktuje jak wyzwanie, któremu należy sprostać, to otrzymujemy lekko napisaną, niezwykle przystępną powieść dość mocno opartą na kwestiach technicznych i naukowych. I lektura ta zupełnie nie boli – czytelnik łyka to w mgnieniu oka.

Książka opiera się na wpisach, jakich Mark dokonuje w komputerze bazy. Czyni więc swoją powinność jako kosmonauta, a przy tym porządkuje własne myśli. Czas oblicza dobami na Marsie, a więc solami. Pozwala sobie na dość swobodny język, ale ani przez chwilę nie odbierzemy go jako prostackiego. Równocześnie w dalszej części powieści zacznie się pojawiać perspektywa z Ziemi, z NASA, a także pojawią się wątki załogi Hermesa, współtowarzyszy Marka, którzy opuścili Marsa bez niego. Wszystkie te wątki splatają się w wielkiej walce o uratowanie Marka – Mark walczy na Marsie, a NASA kombinuje na Ziemi. Podstawową zasadą w książce jest: jeśli coś ma pójść nie tak, to pójdzie. Wszystkie problemy Marka wynikają z tego, że coś poszło nie tak. Nawet jeśli na początku jego rozwiązania działały, to musi nadejść moment, gdy przestaną. A jak się domyślacie w sytuacji, w której jest Mark naprawdę dużo rzeczy może pójść nie tak.

Nie odeszłam zbyt daleko od tematyki marsjańskiej po trylogii Robinsona. Są to jednak zupełnie różne opowieści, chociaż w obu głłówną rolę gra Czerwona Planeta. U Robinsona bohaterowie przywiązali się jednak do Marsa i kształtowali go dla swojej wygody, zmieniając się razem z nim, u Weira natomiast Mars nie ma symbolicznego znaczenia. Dla Marka jest (pośrednio) przeciwnikiem, który nie chce z nim współpracować, i Mark marzy o tym, żeby więcej nie mieć z nim nic wspólnego.

Powieść Weira, chociaż lekka i pełna humoru (są momenty, przy których uśmiejecie się jak norki!), odpowiada jednak klasycznym wątkom literackim: samotnej walce z przeciwnościami, kreatywnym rozwiązaniom ważkich problemów, niezłomnemu dążeniu do wolności, walce o przetrwanie. A przy tym jest pochwałą wiedzy i myśli technicznej – gdyby nie nauka, nie byłoby lądowania na Marsie, ale tym samym tylko nauka może Markowi pomóc przeżyć. Weir opuszcza wątek psychologiczny, nie chcąc wchodzić w niego głębiej, bo zmieniłby wydźwięk całości. Mark ma do dyspozycji materiały, które przywieźli z Ziemi – muzykę, książki, filmy i programy telewizyjne. Ma też swój dziennik, który staje się namiastką rozmowy. Ale jak tak głęboka samotność może wpłynąć na psychikę człowieka? Weir tego nie analizuje. Jego bohater ma najlepszą konstrukcję psychiczną, by być odpornym na psychologiczne załamania – zamiast się użalać, działa, rozwiązuje problemy po kolei, nie analizuje sytuacji globalnie. A wrodzony humor pomaga mu trzymać się raz obranego kursu. I właśnie dlatego tak dobrze się to czyta – bo podtrzymuje naszą wiarę w niezłomność człowieka.

Jeśli ktoś jeszcze nie czytał „Marsjanina”, to warto. :)

 

EDIT: Nie wypowiadam się odnośnie tłumaczenia, bo w czasie lektury skupiałam się głownie na akcji, ale były miejsca w których coś mi się nie zgadzało i ewidentnie zgrzytało. Nie miałam jednak styczności z oryginałem, więc przeszłam nad tym do porządku dziennego. Zapraszam jednak do Pawła Pollaka, który nie zostawił na tłumaczeniu „Marsjanina” suchej nitki. Jak się okazuje zaufanie do wydawnictwa i do jakości oferowanego produktu potrafi być zgubne. :(

Reklamy