Tagi

, , , , , , , ,

Blekitny_Mars„Błękitny Mars” poszedł mi szybciej niż poprzednie dwa tomy, ale i tak musiało chwilę potrwać nim zebrałam się w sobie i przygotowałam ten wpis. W ostatnim czasie blog znalazł się na zupełnie ostatnim miejscu na liście moich priorytetów i co za tym idzie – narobiłam sobie naprawdę sporych zaległości. Nie wszystkie nadrobię – nie ma na to szans. Postaram się jednak chociaż część wpisów opublikować (o ile tylko zdołam je dokończyć ;)). W tej chwili jestem właśnie w trakcie porządków. :)

„Błękitnym Marsem” kończy się opasła trylogia o terraformacji Czerwonej Planety. Towarzyszymy issei, którzy pozostali jeszcze przy życiu, a niestety jest ich coraz mniej. Spotykamy więc starych znajomych z poprzednich dwóch tomów, plus dochodzi nam Zo, trzecie pokolenie urodzone na Marsie, córka Jackie. Zo reprezentuje już zupełnie inny typ człowieka – nie tylko ze względu na grawitację, która zmieniła jej ciało (to spotkało już nisei) ale także jeśli chodzi o sposób życia. Trzeci tom serii wychodzi poza Marsa. Terraformacja, która okazała się sukcesem, rozbudziła w ludziach apetyt na nowe światy. Tym samym ruszyła budowa kolonii na księżycach kolejnych planet. A wszystko to spowodowała rewolucja z końca tomu 2, kiedy to Ziemię dotknął kataklizm i nagle przyjmowanie uchodźców przez Marsa stało się sprawą politycznie niezwykle istotną.

Nie ma tutaj tyle terraformacji co wcześniej. Mars jest już zdecydowanie bardziej przyjazny ludziom niż dawniej, sukcesem zakończyło się wprowadzenie roślin i zwierząt do ekosystemu. Teraz, gdy Mars stał się ważną siłą w kosmosie, na pierwszy plan wypłynęła polityka. Wszystko się teraz do niej sprowadza – nasi bohaterowie albo żywo się w nią angażują (jak Maja, Nadia czy Jackie), albo też chcą za wszelką cenę trzymać się od niej z daleka (jak Nirgal). Issei są jednak coraz starsi, a nieśmiertelność jest fizjologicznie niemożliwa – natura nie pozwala, żeby zbyt mocno odsunąć od człowieka widmo śmierci. Dlatego szeregi ocalałych issei gwałtownie się kurczą. Inna sprawa, że problemy z pamięcią odmieniają naszych bohaterów tak bardzo, że mamy wrażenie obcowania z zupełnie innymi osobami. Przemianę przeszedł Sax, ale także najbardziej zatwardziała w swoich poglądach Ann. Nie ma człowieka bez pamięci, dlatego wynikające z długowieczności problemy z nią kładą się cieniem na całej historii.

Książka jest trochę inna od pozostałych – zamyka opowieść, ale nie w sposób definitywny. Życie toczy się dalej, bohaterowie starają się wpasować w nową sytuację, wciąż znajdzie się też miejsce na miłość, romans (chociaż nie jest to wątek, któremu Robinson poświęca dużo miejsca – to po prostu naturalny element życia bohaterów). Jest to też przez to książka trochę smutna, bo przemiana Marsa uwypukla poczucie straty wynikające z upływu czasu. Czerwony Mars był na swój sposób piękny. Olbrzymim nakładem środków stworzono coś zupełnie nowego, wciąż pięknego i dzikiego, ale to, co działo się za czasów początków kolonizacji odeszło, tak samo jak odeszli issei z Pierwszej Setki. Nawet jeśli wciąż niektórzy pozostali przy życiu, to nie są już tymi samymi ludźmi co byli na początku.

Warto poświęcić czas na lekturę tej monumentalnej trylogii marsjańskiej. To skomplikowana książka, wielopoziomowa, poruszająca temat terraformacji obcej planety pod wieloma kątami, a potem przyglądająca się kwestiom społecznym z tym związanym. Często nie rozwiązania technologiczne są w takiej historii najciekawsze, ale właśnie efekty socjologiczne, które zmiany te wywrą na społeczność. Robinson pochylił się nad tym tematem i poświęcił mu bardzo dużo uwagi. Nie każdemu będzie odpowiadać lekki klimat retro, jaki czuć w tej powieści, ale według mnie ma on swój urok. To fantastyka naukowa w starym, dobrym stylu.

Advertisements