Tagi

, , , ,

FanbookDotychczas nie miałam przyjemności z czasopismem „Fanbook”. Widywałam je w Empikach, ale mimo atrakcyjnej ceny nie skusiłam się. Dopiero ostatni numer, wydany po dłuższej przerwie w lutym (pierwszy w roku 2016), zwrócił moją uwagę. Moja pierwsza myśl była szybka: widzę wyraźne nawiązania do „Książek”. To miłe, bo forma właśnie tego kwartalnika bardzo mi odpowiada. Czy jednak forma to wystarczający sposób na sukces rynkowy? Żeby się o tym przekonać, kupiłam ten przełomowy numer i zagłębiłam się w lekturze.

„Fanbook” jest czasopismem sympatycznym, chociaż na pewno lżejszym od wspomnianych już „Książek”, czy też „Nowych Książek” o których też pisałam kilka słów swego czasu. Przystępność formy niekoniecznie będzie odpowiadać ludziom, którzy przyzwyczajeni są do wysokiego poziomu merytorycznego w poprzednich dwóch czasopismach, ale z drugiej strony powinna trafić do szerszego czytelnika – takiego, który interesuje się książkami, ale nie jakoś hardcore’owo. Ja jestem chyba pomiędzy – lubię czasami po prostu poczytać o książkach, ale często chcę też czytać teksty, które poszerzą moje horyzonty na literaturę. Bo wbrew pozorom najważniejszą cechą literatury jest jej ścisły związek z życiem.

W lutowo-kwietniowym numerze „Fanbooka” głównym tematem są kursy kreatywnego pisania – temat bardzo chwytliwy i dość szeroki. Z racji tego do kogo kierowane jest pismo – jest to też temat, który na pewno zainteresuje młodych czytelników. Dlatego temat znalazł miejsce na 11 stronach – otrzymaliśmy wywiad z Maciejem Parowskim, Katarzyną Bondą i Jakubem Winiarskim, czyli wszystkimi najważniejszymi osobami, które z creative writing mają styczność. W tym dwie ostatnie osoby zajmują się też faktycznie uczeniem pisarstwa na specjalnie do tego przygotowanych kursach i popełnili dwie najważniejsze na naszym rynku książki w tym temacie – „Po bandzie” i „Maszynę do pisania”. Poza tym otrzymujemy też zwykłe recenzje książek, wywiady z pisarzami (np. Marcin Podlewski i Anna Laudańska). Na stronach pisma dzieje się sporo, są teksty dłuższe i krótsze, ale raczej nie oczekujmy, że lektura będzie czasochłonna. Tekstu nie ma aż tyle i nie jest on specjalnie analityczny.

W tej chwili na rynku dostępny jest już kolejny numer pisma, majowo-lipcowy, również całkiem sympatyczny, a może nawet troszkę lepszy od lutowo-kwietniowego. Cena wciąż pozostaje bardzo przystępna, ale nie można oczekiwać, że lektura go zajmie nam jakoś bardzo dużo czasu. Na 68 stronach otrzymujemy kolejne wywiady, recenzje (głównie krótsze), mamy też wyraźnie zaznaczony kontakt z czytelnikami, którzy niekoniecznie są erudytami – ich recenzje nie są dogłębne, analityczne, ale za to szczere. Czasopismo daje możliwość zaistnienia, stara się być różnorodne i nieprzesadnie hermetyczne. Aktywny jest też temat blogosfery, która w popularyzacji literatury odgrywa olbrzymią rolę – to tam jest najwięcej recenzji, publikacji o książkach, to tam przewijają się wszystkie aktualności. Mam wrażenie, że „Fanbook” jest kierowany do młodszego odbiorcy, jeszcze niewyrobionego w pełni, elastycznego w doborze lektur (sięga po ambitniejsze książki i po lekką fantastykę). To w żadnym razie nie jest wada – przyjemnie wspominam czas spędzony z tym pismem i będę do niego wracać. Nie będzie to miłość tak głęboka, jak do „Książek” czy „Nowych Książek”, ale na pewno warto docenić obecność takiego tytułu na naszym trudnym rynku prasowym.

Reklamy