Po srebrzystej stronie lustra

27 Styczeń 2012

Po słowiczej podłodze

Filed under: Książki — by Oranea @ 21:13

Azja fascynuje nie od dziś – jej kultura (i dotyczy to w zasadzie wszystkich państw azjatyckich) jest dla człowieka Zachodu niezwykle pociagająca, bo tak skrajnie inna od tego co znamy. W tej chwili, w dobie globalizacji, nie ma już tylu zaskoczeń, przy poznawaniu kultury Chin czy Japonii. Wciąż jednak orientalne elementy ubarwiają prozę i film, wciąż czerpiemy z nich pomysły (a i Wschód wiele wątków nam podsuwa z własnej inicjatywy), i wciąż lubimy poznawać ten inny świat lepiej, dokładniej.

Pięcioksiąg „Opowieści rodu Otori” Lian Hearn wyrósł właśnie z fascynacji kulturą Japonii. Nie jest to powieść historyczna, ale fantasy dziejące się w świecie łudząco podobnym do średniowiecznej Japonii. Od początku towarzyszymy wyjątkowemu chłopcu, którego dzieje bardzo szybko splatają się z potężnym szlacheckim rodem Otori. Widzimy jak symbolicznie umiera jedna osoba (wieśniak) i pojawia się nowa (wojownik), kształtowana przez szlachetnego Otori Shigeru, oraz to, jak tryby historii wciągają naszego Tomasu w wojnę, o której dotąd nie miał zielonego pojęcia. Razem z wielką przemianą wychodzi na jaw, że nie jest do końca tym, za kogo dotąd się uważał, a jego krew niesie dziedzictwo, przed którym nie ma ucieczki. Nasz młody bohater spotka też na swojej drodze prawdziwą miłość, bo bez tego żadna porządna saga nie może się obyć.

Pierwszy tom napisany jest językiem miękkim, bardzo przyjemnym, zapadającym w człowieka błyskawicznie. Książka wręcz sama się czyta, a losy Tomasu (późniejszego Takeo) śledzimy z prawdziwym zainteresowaniem. Cała historia przyprawiona jest klimatem pięknej Japonii, który daje się wyczuć nawet w oszczędnym, ale starannym języku autorki. Hearn postanowiła zastosować podwójny rodzaj narracji – raz pisze w trzeciej osobie, patrząc z zewnątrz, a raz w pierwszej, z perspektywy głównego bohatera, co powoduje, że odczuwamy większy dynamizm w trakcie lektury i potrafimy się zdystansować od jednego tylko punktu widzenia. Dzięki temu mamy też możliwość śledzić równocześnie historię dwojga naszych bohaterów.

Pierwszy tom serii pochłonęłam od razu i rzuciłam się na drugi, zaintrygowana pomysłem Hearn i tym, jak potoczą się dalsze losy Kaede i Takeo. Tym bardziej, że Hearn nie jest wcale miękka – trup ściele się gęsto, a jej precyzyjne, chłodne opisy tylko potęgują efekt okrucieństwa. Nie jest to lektura głęboka, ale bardzo przyjemna i szybka, pozwalająca w pełni oderwać się od codzienności. Hearn bardzo dokładnie przygotowała się do odwzorowania zwyczajów Japonii z dawnych czasów, chociaż nie rozwodzi się szczegółowo nad drobiazgami, które nie mają znaczenia dla fabuły. Powiedziałabym, że lektura jest lekka, gdyby nie to, że jest to jednak opowieść krwawa i naprawdę brutalna, zmuszająca bohaterów (nastolatków) do bardzo szybkiego dorośnięcia. Myślę jednak, że warto poświęcić jej trochę czasu, bo przyjemność z lektury wynagadza każdą chwilę.

24 Styczeń 2012

Mission: Impossible III

Filed under: Film — by Oranea @ 18:47

Niewiele czasu minęło od seansu „M:I4„, a miałam już okazję nadrobić braki w związku z „M:I3″. :) Byłam raczej nastawiona na to, że film będzie średni (bo głównie takie opinie słyszałam o tej części), chociaż kłóciła mi się z tym osoba reżysera (J.J.Abrams, który ma u mnie wielkiego plusa za nowego „Star Treka”). W trakcie seansu okazało się jednak, że „nie taki diabeł straszny”.

Ethan Hunt z roli nauczyciela zostaje na powrót agentem operacyjnym i wraca w teren. Tradycyjnie już ratuje świat, tym razem ścigając niebezpiecznego i nieuchwytnego handlarza bronią Owena Deviana. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gra toczy się o „Króliczą Łapkę”, tajemniczy obiekt, który prawdopodobnie jest bronią masowej zagłady (chociaż w sumie to też nie jest zaskoczeniem :P). Równocześnie rozwija nam się przed oczami wątek romansowy – Hunt postanawia się ożenić z ukochaną Julie, co niestety sprowadzi na nią niebezpieczeństwo. Ale Hunt jest nie do zdarcia i wszystkiemu da radę. :)

Film jest trochę inny niż nowsza odsłona. W „M:I4″ Cruise nie był już taki świeży, natomiast tutaj jest wygładzony i generalnie nie wygląda na swoje lata (zbliża się do 50-tki, a wygląda na ponad 10 lat mniej, nawet fryzurkę ma bardziej w stylu „Top Gun”). Ale nie ma co się czepiać. To, co odczułam chyba najbardziej, to mniej akcji. A może inaczej – akcja nie biegnie na złamanie karku jak w „M:I4″. To wciąz jest dobre, dynamiczne kino, ale jest czas na oddech, nie jest też tak przesadzone i absurdalne. Poza tym łagodzi go też trochę wplecenie do fabuły opowieści o związku Hunta z Julie (co jednym może się podobać, a innym nie bardzo).

Nie powiedziałabym, że jest to słaby film. Jest widowiskowy (chociaż bez przesady), a efekty specjalne, gadżety hi-tech i towarzyszący Huntowi obowiązkowo dream team składają się razem na naprawdę dobre kino rozrywkowe. Więcej nie mam serca oczekiwać od serii „M:I”. :)

Jeszcze może kilka słów o wspomnianym już dream teamie. Jest w nim oczywiście kobieta, którą gra tym razem Maggie Q, znana przede wszystkim z nowej wersji „Nikity”. Nie mogło też zabraknąć Vinga Rhamesa w roli Luthra (bo Afroamerykanin również musi być, zgodnie z poprawnością polityczną), natomiast ”świeżą krwią” jest Jonathan Rhys Meyers (vel Henryk VIII Tudor). Pojawia się też Benji, ale na dalszym planie. Poza Luthrem i charakterystycznym Benjim żaden bohater nie dostał głębszego rysu charakterologicznego – ot, są to po prostu osobniki do odwalania czarnej roboty. W „M:I4″ było to lepiej rozegrane i bardziej postawiono na ducha zespołu – tutaj praktycznie w ogóle go nie czuć. I to chyba największa wada.

Moje obawy okazały się przesadzone, bo film jest fajny. Nie wgniata w fotel, ale miło można przy nim spędzić wieczór, gdy za oknem zimno, ciemno i mokro. Ale utwierdzam się tylko w przekonaniu, że muszę powtórzyć sobie jeszcze „M:I2″ i w miarę możliwości poznać pierwsze „M:I”, skoro już oglądam serię od końca. ;)

Następna strona »

Theme: Toni. Blog na WordPress.com.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.