Błękit

Tagi

, , , , ,

BlekitMoją przygodę z prozą Lunde zaczynam trochę przewrotnie od „Błękitu„, nie natomiast od „Historii pszczół„. Sam jednak fakt, że czytam coś w miarę „aktualnego” to dla mnie swoiste święto, bo raczej sięgam na półkę po pozycje, które już swoje „odstały” w kolejce. A tu niespodzianka! Jestem na bieżąco. ;)

Przyzwyczajam się coraz bardziej do ładnych wydań książek. Do wyraźnej czcionki, lekkiego papieru, który pozwala swobodnie książkę nosić ze sobą, ładnych, twardych okładek. Lubię też stare wydania dostępne u mnie w domu, rozpadające się, przesiąknięte charakterystycznym zapachem, ale te nowe, staranie przygotowane, bardzo przyjemnie leżą w dłoni. W tej książce jest wszystko co wymieniłam, ale to w końcu Wydawnictwo Literackie, a książka trafiła do finału Norweskiej Nagrody Księgarzy w 2017 roku (nie wygrała, ale starczy, że poprzednia książka Lunde zwyciężyła w 2015 roku), o czym dumnie mówi znaczek na froncie okładki. Gdy jednak zatapiamy się w lekturze tracimy kontakt z rzeczywistością i fizyczne cechy książki przestają mieć znaczenie. Liczy się fabuła, treść. A tutaj autorka decyduje się na fabułę prostą, ale bardzo wyrazistą.

Lunde prowadzi nas przez dwie linie czasowe, niezbyt od siebie odległe, bo mówimy tutaj zaledwie o jednym pokoleniu. Ale przeszłość od przyszłości dzieli wszystko. Wątek współczesny reprezentowany przez Signe to świat który znamy, reprezentowany przez bogatą Norwegię. Za to David i jego córeczka Lou, uwięzieni na terenie Francji, to nasza potencjalna, niedaleka przyszłość – smutna i przerażająca, bo pozbawiona tego, co najcenniejsze i czego nie doceniamy – wody. A bez wody nie ma życia.

Lunde wątek wody wplata bardzo starannie w obie historie, sznurując je ze sobą niuansami, które tak pięknie rozłożone oferują naprawdę magiczną książkę. W tym wszystkim jej powolny, precyzyjny, piękny język jest już tylko wisienką na torcie. Nie sposób się od tej książki oderwać, chociaż tak naprawdę akcji nie ma w niej wiele i raczej toczymy się z bohaterami przez poszczególne strony niż pędzimy na złamanie karku. Uwielbiam książki przepełnione magią, a tutaj znajdziemy jej pod dostatkiem. Nie jest to jednak magia w sensie fantastycznym – ale magia słowa, która udowadnia mi jak wiele literatura potrafi czytelnikom zaoferować.

To, co spina obie historie w sensie fizycznym, to tytułowy „Błękit”, żaglówka, która pozwala bohaterom poniekąd spotkać się poprzez czas. Obie historie odbijają się jednak w sobie niczym w lustrze poprzez inne, starannie dobrane wątki: relację między ojcem a córką, kobietą a mężczyzną, człowiekiem a wodą. Nie jest to jednak proste i oczywiste, czarno-białe. Każdy z tych wątków ma całe spektrum barw, mimo oszczędnego rysu ze strony autorki. Mamy więc Davida, który nie jest przygotowany do roli ojca, a mimo to wypełnia ją najlepiej jak tylko potrafi. Żyje w świecie, który po sobie pozostawiliśmy, rozpadającym się, trawionym przez pożary i pochłanianym przez pustynię. Ucieka razem z Lou przed siebie, nie wiadomo dokąd, byle tylko była tam woda i jedzenie. Zbieg okoliczności rozdzielił go z żoną i młodszym synkiem. Ta bolesna strata rozbrzmiewa w nim przez cały czas, splatając się z nadzieją, że jeszcze się odnajdą. Signe, zbuntowana, niezależna starsza pani, całe swoje życie walczyła o szacunek dla przyrody. Walka ta rozdzieliła ją z ukochanym i wpłynęła też na jej trudne relacje z rodzicami. W swojej części opowieści snuje wspomnienia o związku z Magnusem, a równocześnie decyduje się popłynąć swoim ukochanym „Błękitem” na spotkanie z nim po latach. Obie historie zetkną się w sposób nieoczekiwany i doprowadzą do (w sumie) szczęśliwego zakończenia, które jednak podszyte jest niepewnością. Bo czy w takiej życiowej historii możliwe jest szczęśliwe zakończenie?

Lunde rozgrywa obie historie z niezwykłym wyczuciem. Signe, chociaż jest we współczesności, z racji swojego wieku żyje przeszłością. David, chociaż żyje w przyszłości i do tego jest młody, żyje tylko dniem dzisiejszym. Nie snuje długich retrospekcji, skupia się nie przetrwaniu, na bieżącym dniu. Na tym tle rozwijają się namiętności, wątek rodzicielstwa i odpowiedzialności. Bohaterowie są od siebie zupełnie różni, nie tylko ze względu na płeć, oboje dają się lubić, ale mają w sobie rysę, która ich urealnia. Wątek Davida jest zdecydowanie bardziej emocjonujący i „szybszy”. Były momenty, kiedy bardzo trudno mi się go czytało, bo chociaż pisany jest bardzo oszczędnym językiem, niesie wiele trudnych emocji z którymi czytelnik musi się zmierzyć. Wątek Signe tonuje opowieść, nadaje jej głębszy szlif. Bez niej książka nie miałaby takiej mocy.

Jeśli jeszcze macie przed sobą lekturę „Błękitu” to Wam zazdroszczę. To jest naprawdę bardzo dobra i godna polecenia lektura. Nie wątpię, że znajdą się tacy, którzy nie podzielą mojej opinii – to naturalne. Dla mnie Lunde jest w tej chwili odkryciem i z przyjemnością sięgnę po jej „Historię pszczół”. „Błękit” nie pozostawił mnie obojętną i dał mi do myślenia na dłuższy czas. Szczególnie teraz, gdy przez Europę przelewają się fale upałów, myśl o wodzie, o szacunku do wody, jest okruchem, który codziennie uwiera. I właśnie tak powinno być.

 

Reklamy